W Europie (także na świecie) są narody wielkie, mające na swoim koncie historyczne dokonania, odgrywające ważną rolę w życiu naszego kontynentu, liczące się, i narody duże, ale... Dlaczego tak jest?
Wczoraj odkryłem przypadkiem kanał TV Nat Geo Wild. Przyssało mnie do telewizora, albowiem było o małpach i ludziach. Cały program był bardzo ciekawy, ale opowiem tylko o jednym eksperymencie, który jest ważny dla dzisiejszej notki. Przed klatką szympansów, poza zasięgiem ich rąk, równolegle do frontu klatki położono deskę. Deskę szympanse mogły przyciągnąć do siebie przy pomocy liny, ale lina była przewleczona luźno przez oczka zamocowane do deski i dwie małpy musiały współpracować – ciągnąć jednocześnie za dwa końce liny – inaczej lina wywlekłaby się, a deska została na miejscu. Czemu deska warta była pożądania? Otóż na niej znajdowały się smakołyki. I teraz najważniejsze. Jeśli na obu końcach deski była porcja dla każdego szympansa, pracowały zgodnie i równocześnie zjadały swoją zdobycz, ale jeśli położono owoce tylko na środku deski, to wszystko zżerał ten ważniejszy, a drugiemu nie dał nawet okruszka, mimo, że ciągnął za swój koniec liny tak samo jak kolega. Oczywiście, ten zrobiony w bambuko już więcej nie chciał współpracować i następnym razem nie pomógł – obaj obeszli się smakiem. Ten ważniejszy w stadzie był "cwany”, wykorzystał towarzysza, ale tylko raz.
O naszym społeczeństwie mówi się, że jest bardzo nieufne. Nie wierzymy sobie wzajemnie. Jednocześnie cwaniactwo jest podziwiane, a cwaniacy uważani za sprawnych i "życiowo mądrych”, w przeciwieństwie do frajerów, dzięki którym garstka cwaniaków może egzystować. Mam wrażenie, że u nas ten model obowiązuje na dowolnym szczeblu hierarchii. Czy nie jest to jedna z przyczyn naszych "osiągnięć”?
Państwo wybaczą, że dziś będzie nieskładnie, łaciato, tak kolażowo (od collage, nie od roweru kolażówki), ale to dlatego, że nie mogłem się zdecydować, o czym, a jak nie wiadomo o czym napisać, to zawsze wychodzi za dużo tekstu. Obfitość bywa jednak pozorna, bo im więcej słów jest, tym więcej ich nadaje się do skreślenia. W końcu można (a czasem nawet należy) skreślić wszystko, zmiąć elektroniczną kartkę, wyłączyć komputer i zastanowić się poważnie, czy nie czas zrobić coś pożytecznego, na przykład sprzedać urządzenie, a uzyskane tą droga pieniądze przeznaczyć na wódkę... Nnnieee. No to jednak nie.
Otóż mam dziś fantazję, by napisać opowiadanie o niczym, w sensie myśli, za to sugestywne obrazowo. Wzmianki o skokach ze schodów, znajdujące się w komentarzach do poprzedniej notki, przypomniały mi sławne schody odeskie znane z filmu „Pancernik Potiomkin”* Siergieja Eisensteina. (Kiedyś tę scenę przypominano w telewizji w regularnych odstępach czasu, dziś na okrągło leci Bond, James Bond.)
Wyobraziłem sobie amazonkę, w stroju dziewiętnastowiecznem, która cwałuje w dół schodów na czarnym rumaku. Scena godna współczesnych reżyserów i silnych komputerów, bo nakłonić konia do biegu po schodach byłoby chyba trudno. Pędzi owa lady w długiej sukni, na wietrze powiewa szarfa do czegoś tam przyczepiona, koń okiem błyska, słychać tętent kopyt i grzmoty błyskawic, czasem nawet błyskawice widać, trochę tak jak na czołówce w serialu Zorro, kiedy jego koń stawał dęba. Ach, co tam błyskawice! Sam Zorro oto nadciąga, za nim srogi Luśnia następuje, tatarów czambuł dziko hałłakując gna za naszą damą i Zorro, jeźdźcy błyskają to szablami, to zębami, strzały ze świstem w ślad za ściganymi wypuszczają, lecz one celu nie dochodzą, bo Zorro, któren natenczas szpadę na miecz od siódmego samuraja pożyczony zamienił, wszystkie pociski w locie na pół tnie, jak to samuraje z komarami zwykli byli czynić, czasem nawet po trzy na raz, niczym imć Longinus Podbipięta, co to głowy wraże ścinał, zanim go strzały bezlitosne do Ojca niebieskiego przeniosły. Oj, zła to wróżba dla naszego Zorro, dobrze, że on choć katolik, bo przecie Hiszpan, mimo, że z Kaliforni. O ochronę Panienkę Przenajświętszą prosi, i wysłuchany zostaje, no bo przecie Hiszpan. Ech opatrzność czuwa, że to nie pan Michał - ten choć szermierz znamienity, któremu Zorro mimo, że przystojniak, do pięt nie dorasta, jako Polak jedynie na śmierć bohaterską mógłby liczyć, a Hiszpan, to Hiszpan, jak Juan Sanchez Villa-Lobos Ramirez z filmu „Nieśmiertelny” – dopóki mu głowy nie utniesz, ducha nie wyzionie. Pędzi to towarzystwo w dół schodów, pędzić może długo, schody długaśne. Tak długie i pojemne, że prócz białej lady, czarnego Zorro i brudnych tatarów, nawet Apacze się zmieszczą, do ostatniej walki pędzący i Czejenowie, chcący zdążyć przed jesienią, najlepiej na samo południe, a jak nie da rady, to chociaż na pociąg 15:10. Nad tym, towarzystwem (nad, bo schody już zajęte) kawaleria powietrzna USA, z muzyką Ryszarda Wagnera, zaś Lance, samotny surfer, ulubieniec pułkownika Kilgore’a, zjeżdża na desce, a jakże, po schodach, bo dobry surfer zawsze da radę. Jeśli komuś mało, niech wyobrazi sobie jeszcze elfy, dzikie, hienopodobne bestie, oraz hobbity i kobity – wszystko razem pędzi po schodach. Hałas jak sto pięćdziesiąt, muzyka grzmi, pioruny grają, wicher słabe drzewa łamie, hej!
Tu wypada przestać, bo słuchać już jak jedzie na motocyklu z przyczepką niejaki Hans Kloss, a... no bez przesady, zachowajmy powagę. Czas kończyć. Próbuję dorobić jakąś pointę, żeby wydawało się, że to wszystko było napisane po coś. Przychodzi mi na myśl zdanie, że „jeden obraz wart jest tysiąca słów”. I ja tak myślę, ale jak ktoś mi powie, że mój opis sceny lepszy jest od filmu, który mógłby ją przedstawiać, to uwierzę. Taka moja słabość :)
Ludzie robią czasem rzeczy wyglądające na głupie i bez sensu. Ale to pozory.
Dawno, bardzo dawno temu, tak dawno, że najstarsi górale nie pamiętają, albowiem działo się to na nizinach naszego pięknego kraju, chodziłem do szkoły. Na szczęście nie była to już szkoła podstawowa, zatem epizod, który opowiem, nie będzie tak głupi i bezsensowny, jak epizody z podstawówki. Nie będzie też nadmiernie ciekawy, proszę nie robić sobie nadziei, ale nie w tym rzecz.
Do szkoły chodził Piotrek. Piotrek był chłopakiem-legendą swojego rocznika. Uczestnik olimpiad matematycznych, fizycznych i astronomicznych, może i laureat ich wszystkich, tego już nie pamiętam. Tak czy owak – mózgowiec, łeb jak sklep. Google mówi, że dziś jest doktorem habilitowanym, profesorem jednej z uczelni. Już wtedy robił dla nas wykłady. Pamiętam jak gestykulował przy tablicy, omawiając regułę trzech palców lewej ręki. Nie był to wykład z anatomii, choć jestem pewien, że gdyby tylko zechciał, i w tym byłby świetny. Był ode mnie starszy, ale niższy. Przypuszczam, że to jedyna przewaga, jaką nad nim miałem. Czysto teoretyczna, bo pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia, zważywszy, że tylko ja go znałem, on mnie - nie. Tak jest najczęściej w szkole i na studiach. Pamiętacie kolegów z młodszych roczników? A starszych? No właśnie. Pewnego pięknego, wiosennego dnia wyszliśmy na boisko w czasie dużej przerwy. Świeciło słońce i wiał lekki wiatr. Kolega, który był zamiłowanym żeglarzem, popatrzył na zmarszczki tworzące się na wodzie w rozległej kałuży i powiedział: szkwali. Uśmialiśmy się serdecznie wobec mizerii akwenu szkwałem objętego i powagi naszego kolegi. Popatrzyliśmy w niebo, żeby ocenić, jak Olgierd w Pancernych, jaką pogodę zwiastują chmury, dopiero co wałkowane na lekcji geografii. Na błękitnym tle rysowały się ostro topole okalające nasze boisko. Na jednym drzewie zobaczyłem sylwetkę człowieka, najwyraźniej wspinającego się po gałęziach. To był Piotrek. Wchodził coraz wyżej i wyżej, dość szybko, i nie wyglądało na to, żeby miał się zatrzymać. Rzeczywiście, po dziesięciu minutach dotarł do wierzchołka, a trzeba pamiętać, że topole były stare, ogromne, i natychmiast zaczął szybko schodzić na ziemię. Był to wyczyn naprawdę niebezpieczny. Nie było widzów innych, niż przypadkowi. Wtedy ta wspinaczka wydawała mi się głupia, a przynajmniej dziwaczna. Teraz myślę, że on wiedział, po co to zrobił. Ktoś go o to zapytał, a on odpowiedział tylko „myślisz, że to łatwe, to spróbuj sam” i poszedł. Ciekawe czy dziś pamięta swoją wspinaczkę na topolę i czy umiałby, chciałby odpowiedzieć na pytanie: dlaczego?
...czyli o tym, jak minister finansów tłumaczy, że gówno to marcepan
Przedwczoraj minister Rostowski dał w radiu głos (Program 3, Salon Ekonomiczny). Emitował dźwięki brzmiące łagodnie, ale cholernie fałszywie. Tekst ministra śmierdział na kilometr obłudą. Śmierdział tak obrzydliwie, że wydrukowany w gazecie (miał się ukazać w środę w Gazecie Prawnej) zagłuszał z pewnością swym odorem miły zapach farby drukarskiej. Co powiedział ten mąż opacznościowy (korekta, nie poprawiać!)? Powiedział, że w piątek rząd ogłosi plan konsolidacji finansów publicznych, czyli cięć, redukcji, oszczędności, bo takie słowa zastępuje się eufemizmem konsolidacja. Nic w tym niewłaściwego, ministrowie finansów są głównie od cięć wydatków budżetowych i podwyżek obciążeń obywateli. Krew zagotowała się we mnie, kiedy Rostowski powiedział, dlaczego musimy "konsolidować”. Ano dlatego, że mamy doskonały system emerytalny, najlepszy w Europie, a może i na świecie... System jest zajebisty (tak, to właściwe słowo), śliczny, modelowy, tylko ma drobne niedociągnięcia: 1. pieniądze wpłacane do otwartych funduszy (OFE) emerytalnych dają niską stopę zwrotu, 2. ryzyko, że dadzą stratę zamiast zysku jest duże, 3. instytucje zarządzające tą kasą biorą horrendalne prowizje, 4. istnienie funduszy powoduje konieczność permanentnego zadłużania się państwa (dług publiczny rośnie o 2% rocznie i właśnie dochodzimy do ściany).
Te cztery drobiazgi wymienił sam minister. Nie chcę tutaj analizować szczegółowo problemu OFE, bo to nie ma być notka ekonomiczna. Chodzi o to, że sam Rostowski w ten sposób przyznał, że OFE to gigantyczny skandal, w najlepszym razie pomyłka ekonomiczna (w co nie wierzę), a mimo to twierdzi, że są świetnym rozwiązaniem, czytaj: mają istnieć dalej na szkodę obywateli i dla pożytku grubych ryb finansowych. To jest skurwysyństwo. Ciekawe, co by powiedział minister, gdyby ktoś zaproponował mu kupno "świetnego” samochodu, takiego podobnego do OFE? Samochodu, który jest najlepszy na świecie i ma tylko drobne niedociągnięcia: 1 jest cholernie niewygodny, śmierdzi, trzęsie, latem jest w nim gorąco, a zimą zimno, 2. nigdy nie wiadomo, czy dowiezie cię do celu, bo może nagle zdechnąć na środku skrzyżowania, 3. zżera potworne ilości paliwa, 5. rujnuje kieszeń ciągłymi naprawami i obsługą techniczną tak, że kierowca pogrąża się w długach.
No to jak Rostowski? Chcecie takie gówno? Wątpię. Ale my mamy chcieć, tak? Mamy dalej być robieni w bambuko, chociaż w żadnym innym państwie europejskim nie ma przymusu tuczenia prywatnych firm zarządzających OFE. Mamy być strzyżeni potulnie jak barany, żeby na starość zostać z gołym tyłkiem, a dzieciom zostawić gigantyczny dług publiczny. Tak chce minister, bo system funduszy emerytalnych zamierza konserwować, a nie zlikwidować, co jest jedynym sensownym rozwiązaniem.
Politycy to z zasady szubrawcy. Nigdzie nie widać tego tak dobrze jak przy pieniądzach, które podobno nie cuchną. No chyba nie, bo inaczej politycy, których nosy robią się bardzo długie, powinni paść rażeni odorem własnej obłudy przemieszanym z fetorem kasy wyprutej z frajerów, a żyją. I, co gorsza, to się chyba nigdy nie zmieni.
Dziś miałem napisać o czymś poważnym, ale nie jestem w stanie, więc niech będzie raz na ludowo.
Miała baba koguta, koguta, koguta, Wsadziła go do buta, do buta, hej!
Ano miała ongiś baba koguta, lubo kokosz, albo też i kurczę dorodne – trudno zgadnąć, gdy się jest z miasta i z ptaka ogląda się ino skórę a kości. Ale po kolei...
Franciszek, juści, z miasta jest, choć imię u niego całkiem włościańskie, albo ziemiańskie, jak kto woli. Prawdziwemu miastowemu na chrzcie dano by Jacenty, albo Sławomir, albo Marek choćby, jeśli już nie Bożydar, albo Oliwer, jak to co bardziej ogładzeni i w telenowelach, tokszołach obyci czynić mają we zwyczaju. Zajechał tedy miastowy Franciszek na wieś polską, przed gankiem chałupy typu "piętrówka” stanął i dzwoni. Lekstryka w chałupie jest, to i dzwoni bim-bom, a nie dzyń-dzyń. Chałupa chędoga, z dobrych gierkowskich czasów, z dachem płaskim, papą krytym, z balkonem na całą szerokość od frontu rozciągniętym (może to i taras jest?), z oknami po cztery kwatery w każdym, a jak! Gospodarz otwiera, do środka wchodzić prosi – gość w dom, Bóg w dom. A w domu ciepło, zapachy gotowanych kartofli, kiszonej kapusty, brudnych swetrów i oborowej kufajki z tytoniem swojsko przemieszane. Tajson bieży się przywitać. Morda jak imadło, kark byczy, lecz ze ślepiów dobrze przecie mu patrzy. Ogonem luźno opuszczonym spokojnie merda, bo Tajson już dzisiejszy jest, już mu ogona nie obcinają, jak to drzewiej bywało. Bokser z niego, że do rany przyłóż. No chyba, żeby któś przez płot, czy cóś, no to nie wiem, to złamanego szeląga bym za spokojność Tajsonową wonczas nie dał, ale Franciszek przecie drzwiami wchodził, jak porządnym ludziom w biały dzień przystoi. Jak gościom z teczką czarną w ręce wypada. Jak prawdziwym magistrom, kurna! Wchodzi zatem Franciszek do kuchni polskiej, obszernej, sprzętami obstawionej, ze stołem długim ceratą okrytym, z ławą z dwóch stron stół okalającą, na której gospodyni fartuchy leżą, sweter w kolorze fusów po myciu kawy z mlekiem, co to łońskiego roku zapomniana w schowanku została i wczoraj się znalazła, gazeta świeżutka, inaczej niż cała kuchnia pachnąca, a na swetrze Pindek – piesek-sarenka, rozumiecie. Przy stole gospodyni siedzi i posila się. Drobiem. Drób, jak wiadomo, jemy palcami. Gospodyni też to wie. Ogryza kości kurczęce, cmoka smakowicie, i coś tam z miseczki nierdzewnej - takiej, z jakiej pies Franciszkowy w szczenięcych miesiącach jadał – wyżera. Z miseczki gospodyni dłonią czerpie, podczas gdy w drugiej trzyma udko kurze, a jak jej niewygodnie, to udko na stół kładzie, gdzie już kilka innych kawałków nadgryzionych leży. Leżeć mogą, bo stół, pamiętamy przecież, ceratą obity, więc talerza nie potrzeba. Dobrze tak, wygodnie ze stołu się zjada. Potem szmatą się zetrze i gotowe – po obiedzie. Radość bierze, kiedy człowiek spokój i dostatek w domostwie ludzkim widzi. Ciepło tu, chociaż na dworze ziąb, choć oko wykol... Hm, no zimno, mróz, no. Wszyscy zgodnie żyją, i starzy, i młodzi, i dzieci, i nawet Tajson, do którego gospodyni krzyczy: poszedł!, też w zgodzie ze wszystkimi żyje. A nie wiem dlaczego gospodyni na psa krzyczy, bo przecie gdyby Tajson na krzesło wskoczył i do kurczęcia pospołu z gospodynią zasiadł, nijakiego dysonansu by nie było.
Wyszedł Franciszek na śnieg biały, na powietrze jak stal ostre i pomyślał sobie, że choć i na wsi i w miastach bywał, tu i tam zarówno w ziemiankach jak i pałacach go przyjmowano, lat tak dwadzieścia ludzi różnorakich odwiedza, to chyba zawsze coś go będzie w stanie choć trochę zadziwić. W różnych miejscach czas z różną prędkością płynie.
Wczoraj, pijąc piwo, pomyślałem sobie, jaki dziwny jest ten świat. Dziwny, bo gdyby nie upadek starego porządku, nie mógłbym sączyć tego piwa, a dlaczego?
W czasach słusznie minionych wiele rzeczy było trudno osiągalnych. Właściwie większość. Nieprawdą jest, że pod koniec epoki socjalizmu na półkach stały tylko butelki z octem, to już taka antyikona tamtych czasów wymyślona przez dziennikarzy, ale jest faktem, że wiele towarów do sklepów „rzucali”, a ludność się na nie rzucała łapczywie. Nie inaczej było z piwem. Piwo występowało w sklepach na występach gościnnych, po czym znikało, by pojawić się kiedyś w niewiadomym czasie i miejscu. Tak zachowywało się piwo butelkowe. Piwo beczkowe natomiast miało swoje lokale, gdzie czuło się dobrze i zabawiało gości codziennie. Tych samych gości, dodajmy. Znałem dwa takie miejsca. Jedno z nich położone było na peryferiach wielkiego miasta. Jechało się tam i jechało, trzy dni i trzy noce, często zmieniając konie. Drugie natomiast znajdowało się na obszarze, na którym jeszcze operowały tramwaje, kawałek przed pętlą, czyli, jak się domyślacie, w tych okolicznościach, o rzut beretem od centrum zaledwie. Piękne to było miejsce (latem) i zacne. Taka enklawa bezpieczeństwa na morzu niemożności i niewydolności ówczesnego browarnictwa. Jedyne niewiasty tam przebywające, stały za kontuarem i napełniały kufle. Non stop, jak maszyny, bez przerwy. Żeby napić się piwa w tamtych czasach, kiedy człowieka naszła chętka, musiał odbyć podróż tramwajem, potem koleją (tzn. odstać w kolejce nie mniej niż pół godziny) i w końcu znaleźć sobie przytulny kącik. A teraz? Teraz wystarczy sięgnąć do domowego zapasu o dowolnej porze dnia i nocy a ci, którzy wygrali wyścig szczurów i odnieśli życiowy sukces, mogą jeszcze zagryźć kabanosem z własnej lodówki, który tam (co za konsumpcyjne rozpasanie!) leży sobie, i to nie jeden. Żebym dziś mógł napić się piwa i zjeść luksusową kiełbasę we własnym domu trzeba było aż zmienić ustrój. Inaczej się nie dało. Dziwny jest ten świat.
W przedziale I klasy pociągu Intercity relacji Warszawa - Kraków podróżowali: pan z komórką, pani w zielonych butach (te osoby nie mają znaczenia dla naszej opowieści, zatem więcej o nich mówić już nie będziemy, niech nam wybaczą), dwoje podróżnych w średnim wieku – Heloiza i Czesiek magister inżynier no i, rzecz jasna, Franciszek.
Heloiza trzymała w dłoniach otwartą książkę Gustawa Flauberta, a może Tennessee Williamsa, trudno powiedzieć, ale z pewnością nie przygody Tytusa, Romka i A’tomka, te bowiem, jako kobieta umiejąca się znaleźć, czytywała wyłącznie w metrze, i nobliwie przebiegała wzrokiem kolejne linijki tekstu, raz po raz rzucając okiem w lewy górny róg przedziału, tak aby pani w zielonych butach widziała, że Heloiza nie tylko czyta, ale i zastanawia się nad treścią dzieła. Właściwie był to odruch. Nasza bohaterka czyniła to od tak dawna, że po prostu nie potrafiła inaczej, nie było w tym pozy, o nie. Czesiek natomiast opowiadał jej historię zasłyszaną w trakcie spotkania towarzyskiego w grupie kolegów, powiedzmy... na kręglach, gestykulując dość powściągliwie lewym kciukiem, za to robiąc naprawdę interesujące (czytaj: zabawne) miny. Wreszcie inżynier Czesiek dorzucił garść swoich refleksji, całość poddał syntezie, ale że w tym był cienki, szybko przeszedł do analizy, było mu to bowiem, jak lubił mawiać, bardziej familiarne, trochę zamotał, trochę pomotał, podlał intelektualnym sosem i kiedy pociąg przelatywał z łoskotem przez stację Drżączki Wielkie, zakończył swój wywód zdaniem: - I widzisz, moja droga, tak właśnie doszedłem do wniosku, że kobiety są nieodgadnione. Tu zamilkł w taki sposób, by było wiadomo, że wypowiedziane zdanie jest już pointą, spojrzał w oczy swojej towarzyszki wzrokiem, który mówił "teraz popatrz na mnie, kobieto, i przyznaj, że z niezwykle mądrym, elokwentnym i zniewalająco błyskotliwym mężczyzną masz okoliczność” - Nie, mój drogi, – powiedziała Heloiza - one po prostu głupie są – i uśmiechnęła się uroczo.
Czesiek uniósł zrazu brwi w zdziwieniu, potem je zmarszczył, poczuł, że na czole nabrzmiała mu od myślenia żyłka, aż wreszcie rozpromienił się czule, stwierdzając, że nikt tak jak Heloiza nie potrafi sprowadzić go na ziemię jednym, prostym, dowcipnym zdaniem, nie czyniąc przy tym krzywdy. I to jest prawdziwa mądrość - pomyślał Franciszek, który cały czas udawał, że ogląda krajobrazy za oknem, lecz przecież słuchał pilnie.
Nie, nie będzie śmieszno. Będzie trochę straszno. Kojarzycie sprawę Agnes Trawny, aktualnej Niemki, która uzyskała korzystny dla siebie wyrok sądu w sprawie praw do nieruchomości pozostawionej w Polsce wiele lat temu? Są następni, np. Heinrich Lukaschewski (dawniej Henryk Łukaszewski), i pewnie to dopiero początek.
Ona Trawny wybrała swego czasu lepszy los w RFN. Mogła mieszkać w Polsce do dziś, w swoim gospodarstwie na Mazurach, ale w roku 1977 uznała, że życie w Polsce jest dobre dla frajerów, nie dla niej. Stwierdziła, że ma w dupie kraj nad Wisłą i wszystko co tu do niej należy, spakowała walizki, wzięła od władz bilet w jedną stronę i wzzzziu! – pojechała do Reichu, jak się wtedy mówiło. Za pozostawioną w Polsce nieruchomość Trawny przyjęła odszkodowanie od władz niemieckich. Moim zdaniem świadczy to jednoznacznie, że tę nieruchomość uznała za nie swoją i pożegnała się z nią na dobre. Kilka lat temu przypomniała sobie jednak, że przecież opuszczając Polskę nie zrzekła się formalnie prawa własności do gospodarstwa w Nartach, a zatem, zgodnie z prawem, dalej jest jego właścicielką. Oddała niemieckie odszkodowanie i zażądała wydania swojej własności. Sądy przyznały jej rację. Czy tak być powinno? Miłośnicy litery prawa powiedzą, że tak, oczywiście. Prawo własności jest święte (chociaż nie jest) i nie ma, że boli. Ja twierdzę, że Trawny, i wiele innych jeszcze osób, robi z nas w ten sposób idiotów. Bardzo im w tym pomogliśmy, nie stanowiąc w odpowiednim czasie prawa regulującego sprawy dotyczące własności nieruchomości porzuconych przez emigrantów, którzy czuli się Niemcami. Gdyby wtedy to zrobiono, dziś było by pozamiatane i nie groziłaby nam lawina roszczeń, które wkrótce pewnie przyjdzie zaspokajać. W tym momencie, chwilowo tylko, co prawda, marzy mi się amerykański styl wymiaru sprawiedliwości. Tamtejszy sędzia zapewne uznałby, że jeśli ktoś wypiął się na najwspanialszy kraj na ziemi, jakim są USA, podtarł tyłek gwiaździstym sztandarem, porzucił swoje rancho, to niech teraz wsadzi sobie swoje roszczenia w du...żą ramkę i powiesi w swoim aktualnym domu, gdzie mu przecież tak dobrze, że wracać nie chce. De facto emigranci pozostawiali swój majątek zakładając, że tracą go bezpowrotnie i nigdy tutaj nie wrócą. Złożyli oświadczenie woli, jak kto się mówi w języku prawnym. Oświadczenie to brzmiało „Nie chcę tu mieszkać, nie chcę tu żyć. Zostawię wszystko, tylko pozwólcie mi wyjechać do znacznie bogatszego kraju, bo wolę być imigrantem w Niemczech, niż właścicielem gospodarstwa w Polsce”. Problem w tym, że to oświadczenie nie zostało spisane i teraz Trawny, a za nią inni, mogą żądać pieniędzy za nieruchomości, których przecież wcale nie chcą odzyskać.
I znów okazuje się, jak wiele razy w historii, że Polacy, którzy z Polski nie wyjechali, byli frajerami wtedy i są nimi teraz, bo kogo się skubie, jeśli nie frajerów? Takich późnych przesiedleńców, czyli nie tych, którzy wyjechali zaraz po wojnie, bo to co innego, było kilkaset tysięcy. Nie wszyscy pozostawili nieruchomości, ale w takiej masie nie może ich być mało. Niech tylko niektórzy z nich postanowią wyrwać kasę za porzucone z własnej woli domy i ziemię, a nieźle ich utuczymy. Uważacie, że im się należy?
Ponieważ kraj nasz nękany jest obfitymi opadami śniegu, o śniegu mówi się ciągle i wszędzie, śnieg jest ciągle i wszędzie i będzie jeszcze długo i wszędzie, tutaj o nim nie będzie. Będzie o kocie.
Kot jest to zwierzę łowne... No, może nie koniecznie, nie dla wszystkich. Zacznijmy zatem inaczej. Kot jest to zwierzę, które łowi myszy, kanarki i tym podobny drobiazg zwierzęcy, wydający dźwięki piskliwe, podobnie jak kot. Kot, atoli, sam najczęściej milczy, nie jest bowiem nadmiernie towarzyski i, w przeciwieństwie do psa, pogadać raczej nie lubi. Kot jest z tych, którzy przychodzą powiedzieć kilka słów i idą potem w cholerę, albo i nie, a szkoda, bo lepiej, żeby jednak poszli. Kot nie potrafi merdać ogonem i już sam ten fakt lokuje go o kilka szczebli niżej na drabinie ludzkości (ludzkości w sensie stopnia człowieczeństwa) od psa. Inne cechy spychają go jeszcze dalej. Do tego kot, jako istota niedorobiona, nie potrafi szczekać w ogóle, przez co nie jest zdolny do wyrażania radości typu "Jezu, jak się cieszę!” oraz "O ja cię! Ale czad!", względnie "Zaraz się posikam ze szczęścia”, czyli tak, jak to umieją robić ludzie i psy, słonie, a nawet małpy. Kot umie się cieszyć radością typu "Jest cool”, co nie dziwi, bo radość kota jakby z lekka chłodną jest. Kot różni się od psa tym jeszcze, że potrafi sikać i robić kupę w domu, do pudełka. Myliłby się jednak ten, kto radośnie chciałby znaleźć tu przebłysk człowieczeństwa w kociej psychice, albowiem ludzie nie sikają na kołdrę (jeśli już, to pod) i nie robią kupy do butów innych domowników. A kot owszem, robi i tak. Podobne szaleństwa, jak na przykład obsikanie wazonika na stole, zdarzają się i psom, trzeba jednak zaznaczyć, że jest to rzadka dewiacja, podobnie jak u ludzi, a nie normalka.
Kot ma zalety. Kot jest, na przykład, plastyczny. Kot spłaszcza się zarówno horyzontalnie jak i wertykalnie, co pozwala mu przełazić pod furtką, albo między prętami ogrodzenia. Cecha ta jest zaletą, kiedy kot wychodzi, a wadą, kiedy wchodzi. Płaszczliwość kota, oraz jego niewielką miąższość cielesną można wykorzystać kiedy kot zmoknie. Kot nie lubi być mokry i mokry być nie powinien, bo jego mizeria staje się wtedy aż nadto widoczna. Mokrego kota można więc przepuścić przez wyżymaczkę od pralki typu "Frania” i usunąć nadmiar wilgoci z jego sierści. Kota wyżymamy poczynając od ogona, z łapkami na bok, ale, uwaga (!), tylko do główki. Wyżymania główki kociej nie zaleca się. Po dojściu do główki, kota wyżymamy w kierunku przeciwnym, a następnie trzepiemy i czochramy w celu nadania jego sierści odpowiedniej puszystości. O kotach mówi się, że spadają zawsze na cztery łapy. Jest to prawda. Jeśli kotu dać odpowiedni czas na obrócenie się w powietrzu, zadbać o to, by jego swobodne spadanie trwało dostatecznie długo, to kot wykręci się i wyląduje miękko na swych kończynach. I w tym kot podobny jest do ludzi. Niektórych.
Jest taki projekt moherowych mężów, żeby koniecznie kościelne święto Trzech Króli uczynić świętem państwowym. Jako obywatel państwa ideologicznie lokującego się między Iranem a Hiszpanią (szerokie widełki, niech każdy sobie pomyśli, co chce) powinienem się w zasadzie cieszyć. Atoli nie cieszę się. Projekt uważam za głupi i szkodliwy.
Po okresie świąteczno-noworocznym człek łaknie normalności jak kania dżdżu. Jego hemoroidy cieszą się, że nie będą już dłużej miętoszone na fotelu przed telewizorem, żołądek raduje się, że dadzą mu wreszcie nieco odetchnąć, mózg wdraża się na powrót do myślenia o rzeczywistości. Czas najwyższy. I oto nadchodzą dziwni mędrcy, zwani królami, cholera wie czemu. Przynoszą niemowlęciu artykuły pierwszej potrzeby, czyli pachnidło, kadzidło i złoto. No tak. To ostatnie to dobry pomysł, nie przeczę. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nadal przynosili dary w dzień roboczy, ale jeśli zaczną to robić w święto państwowe – zgroza. Wyobraźmy sobie, że Nowy Rok wypadnie w czwartek. Wtedy królowie przyjdą we wtorek. Oczywistym jest, że burdelu narobią na prawie tydzień, to znaczy w dniach od pierwszego stycznia do szóstego. Bo przecież jak tu normalnie pracować, kiedy robocze dni wypadną tylko drugiego i piątego? Okres świąteczny potrwa od 24 grudnia, który to dzień jest de facto świętem, do 6 stycznia – dwa tygodnie. Litości! Czy to jest nam naprawdę do czegoś potrzebne?
Proszę jednak nie myśleć, że jestem frajerem chcącym się napracować, kiedy ktoś podsuwa mi leżankę pod tyłek, ażebym wypoczął (leżankę, bo nie wierzę, że naród marzy o klęczniku, by w dzień 3K zanosić modły do Pana). Otóż chętnie zgodzę się na dodatkowy dzień wolny. Uczciwość podpowiadałby 24 grudnia, przecież mało kto wtedy normalnie pracuje (pracę albo się pozoruje, albo zapieprza na 200%, jak w handlu), lecz ja nie jestem tak prostolinijny, aby łaknąć wolnego ustawowo dnia, kiedy i tak mam go prawie wolnym. Jeśli już mamy mieć więcej wolnego, to nawołuję do podejścia praktycznego. Zamiast robić wolne w zimny, ciemny dzień styczniowy, zróbmy sobie wolne latem, na przykład w... piątek po Bożym Ciele. Czyż nie pięknie? I biskup syty i owca cała. Pojedziemy sobie nad jeziora, a Kaczyński niech zapieprza do kościoła z Wielkim Łódzkim Orędownikiem Sprawy Świątecznej bratem Kropiwnickim. Nie trzeba będzie robić długiego weekendu, bo cztery dni wolnego będą ustawowo. Czyż nie ładnie? Czyż nie ślicznie? Do tego przenieśmy 11 listopada na sprawdzoną datę 22 lipca i zamiast smętów jesiennych, tudzież zimowego zgnuśnienia, zafundujmy rodakom letnią radość, jak mają umiłowani bracia Amerykanie 4 lipca i przyjaciele nasi wypróbowani, Francuzi, 14 lipca. Niech święta będą latem, kiedy cieszyć się łatwiej. Mamy już 15 sierpnia Matki Boskiej Bolszewickiej, zapewne z okazji cudu, za jaki uznano niespodziewane zwycięstwo naszej armii, która normalnie bierze w dupę od wszystkich armii świata. Miejmy więc i inne święta w dni słoneczne. Pobożności nie obiecuję, ale mój patriotyzm znacząco wzrośnie, albowiem ojczyznę kocham najbardziej w kajaku na jeziorze. Vive la soleil!
Nowy Rok ma w sobie coś optymistycznego. Może być inaczej, niż w roku ubiegłym. Często chcemy by było inaczej, lepiej. Może tak być, bo przecież w przyszłości wszystko jest możliwe, wszystko zdarzyć się może. Cały rok przed nami. Zatem dziś notka... optymistyczna.
Filemon przysiadł bezgłośnie w śnieżnej koleinie i przyglądał się bacznie dwóm zbliżającym się powoli postaciom. Właściwie przyglądał się głównie psu Franciszka, bowiem sam Franciszek, jako człowiek, nie był specjalnie dla Filemona interesujący. Ludzie rzadko bywają groźni, psy - owszem, dlatego psom poświęca się więcej uwagi. Najlepiej zastygnąć tuż przy ziemi i nie ruszać się. Psy są głupie, a do tego kiepsko widzą, reagują głównie na ruch. Dopóki nie poczują woni, można się czuć względnie bezpiecznie. Praktyka pokazuje, że lepiej nie ruszać się, jest duża szansa, że pies cię nie zauważy. Tak też było i tym razem. Pies węszył intensywnie w świeżym śniegu. O istnieniu Filemona, obserwującego go z odległości kilku metrów, nie miał pojęcia. Posuwał się drobnymi krokami, badając wgłębienia w śnieżnym puchu. Franciszek słuchał radia, kiedy nagle zdało mu się, że w słuchawkach dźwięczy coś, jakby maleńki dzwoneczek, miniaturowy, brzmiący wysokim tonem na granicy słyszalności. Pomyślał, że to wybryk muzyka, który nagrał piosenkę, ale nie, to nie mogło być to. Dźwięki nie pasowały ani do rytmu melodii, ani do jej tonacji. Pies obwąchiwał coś intensywnie w jednym miejscu. Franciszek przyjrzał się temu czemuś. Na śniegu, w dołku utworzonym obcasem czyjegoś buta, drżała zwinięta w kulkę mała, polna mysz. Jej ogonek poruszał się nerwowo. Darła się w niebogłosy swoim cieniuteńkim głosikiem i umierała ze strachu. Tak. Któż z nas nie bałby się tygrysa wielkości czteropiętrowej kamienicy, trącającego nas wielkim nosem, obserwującego ślepiami wielkimi jak dynie, dmuchającego w twarz huraganowym oddechem. Mysz bała się zatem całym swym mysim jestestwem i krzyczała dramatycznie. Filemon patrzył w milczeniu, natomiast tygrys Franciszka merdał ogonem, nie bardzo wiedząc, co zrobić. Filemon widziałby, ale psy są.... No może nie wszystkie, ale pies Franciszka, dziecko dobrobytu, właściciel pełnego brzucha, chętnie by się z myszą pobawił, gdyby nie była tak mała, natomiast do głowy mu nie przyszło, by zrobić to, co oczywiste. Franciszek pociągnął psa za smycz i mysz została w śnieżnym dołku sam na sam ze swą duszą, drżącą z zimna na ramieniu. Poszli ścieżką w kierunku drzew. Filemon trwał na posterunku. Człowiek oglądał się za siebie, ciekaw, co zrobi kot. Lecz ten, jak to koty, wolał nie ruszać się, dopóki pies był w zasięgu wzroku. Czekał. Po kilku minutach Franciszek i jego pies wracali do domu z ostatniego w tym dniu spaceru. Szli tą samą ścieżką, co przed chwilą. Światło latarni rozpływało się chłodnym blaskiem na nieskazitelnie czystej powierzchni śniegu. Na zakręcie ścieżki nie było żywego ducha. Nie było już Filemona. Nie było polnej myszy. Nic. Tylko biała cisza. I wieczór. Taki piękny. Pierwsza noc z reszty czyjegoś życia.
Wtorek, 05-01-2010,godz. 12.35. Dość wpuszczania czytelników w maliny! Notka jest "optymistyczna", a nie optymistyczna. Zjadłem chyba za dużo dżemu z ironii. Wierzę jednak, że rok 2010 będzie lepszy, mimo marnego losu myszy w dzień Nowego Roku. Jeśli już mam się identyfikować, to z kotem, miau :)
31 grudnia Franciszek siedział w domu i czekał aż nadejdzie Nowy Rok. Gdyby rzecz potraktować z chłodną logiką, to trzeba by powiedzieć, że czekanie nie miało w zasadzie sensu. Wiadomo było, że Nowy Rok przyjdzie tak czy siak, czy to w przytomności Franciszka, czy to bez jego nadzoru i świadomości. No, ale czy można spać w Sylwestra, nawet jeśli nie jest się na balu? Jakoś tak... głupio, nie? Tak właśnie myślał. W pokoju gadał nieustannie wierny towarzysz oczekujących - telewizor. Ech – pomyślał Franciszek – to już nie to, co kiedyś, dawno, gdy telewizory były czarno-białe, programy aż dwa, a film jeden przed północą i drugi po. Western w Sylwestra to była atrakcja. Dziś filmy już tylko Franciszka usypiają. Głównym przedmiotem zainteresowania jest kwestia, czy ten film widział już trzy razy, czy dwa, a jeśli nie widział, to czy naprawdę, czy tylko pamięć szwankuje, bo przecież wszystko już było, filmy w TV zwłaszcza.
Nie dziwmy się zatem, że Franciszek włączył komputer i rozpoczął leniwą przechadzkę ścieżkami Sieci, nie żadne tam surfowanie, ha, ha. Wszystko już było, jak w telewizji. Sieć ma jednak tę zaletę, że w przeciwieństwie do telewizji, można samemu układać program, a który chłopiec nie lubił bawić się w dzieciństwie klockami. On też to robił. Klocki były rozmaite, także i takie z obrazkami. Dwanaście klocków tworzyło układankę trzy na cztery. Była tam scena tańca zbójników przy ognisku. Szybko nauczył się zapamiętywać w którym miejscu należy wstawić dany fragment obrazka. Zbójnik nad ogniskiem – wiadomo, w środku. Szkoda, że dzieci tak dobrze zapamiętują szczegóły, układanka szybko przestaje być łamigłówką. Nic to nie dało, że klocki miały po sześć ścian i tyleż obrazków do układania. Franek odkrył, że wystarczy ułożyć zbójników, a potem tylko obracać wszystkie klocki w tę samą stronę. Obrazy zmieniały się jak reklamy na stadionach – mechanicznie. Dziś tylko zbójników pamięta. Musi piękni byli, hej!. I ten ogień...
Franciszek zamknął oczy, kiedy z telewizora dobiegło pierwsze uderzenie zegara. Zegary w jego domu nie biją, to oczywiste. Prawie wszystko jest z telewizora, albo z Sieci. (No nie, jednak książki i czasopisma bronią się jeszcze. Książki przetrwają, lecz czy czasopisma nie polegną na rynku? Czas pokaże.) Odliczał poszczególne uderzenia i czuł, że przestaje słyszeć cokolwiek innego, a patrząc, nie widzi. Zamknął oczy. Przy dziesiątym uderzeniu zegara wyciągnął przed siebie ręce, złożył je jak przy skoku do wody i pochylił się do przodu. Zegar uderzył po raz jedenasty. Ręce nie napotkały tafli monitora. Zamiast tego Franciszek zobaczył przed sobą szeroka plażę, ograniczoną z jednej strony morzem a z drugiej pasmem dość wysokich wydm. Z początku myślał, że jest nad Bałtykiem, bo tak wyglądała plaża i morskie fale, lecz wydmy były jakieś dziwne. Nie tworzyły nadbrzeżnego wału, jak to zwykle bywa, lecz ciągnęły się daleko w głąb lądu, tworząc labirynt małych, suchych fiordów, przypominających trochę zminiaturyzowane kopie kanionu Colorado. Szedł jedną z tych dolinek, zapuszczając się w kolejne odnogi, tak długo aż przestał słyszeć szum morza i zupełnie stracił orientację w przestrzeni. Pachniało sosnową żywicą i ciepłym piaskiem. - Która godzina? – spytał. - Żadna – odpowiedziała mu wierzba. - Jak to? Zawsze jest jakaś godzina – zdziwił się Franciszek. - Nie zawsze. Tutaj nie ma. - Ale przecież słońce świeci wysoko, jest ciepło. Pewnie jest około południa. - Nie. Gdybyś chciał, żeby była noc, świeciłyby teraz gwiazdy nad tobą. - A dzień? Czy już mamy 1 stycznia? – pytał dalej. - Ha, ha, ha! Ależ nie! - roześmiała się wierzba. Pomyśl tylko. Nie ma godziny, więc nie ma i daty. - To bez sensu – upierał się głupio. Musi być jakaś data, zawsze jest. - Dobrze. Jeśli chcesz, niech będzie 32 grudnia, pasuje? - Czyli 1 stycznia, tak? – Franciszek koniecznie chciał wiedzieć. - Nie. Nie 1 stycznia. Pierwszy dzień stycznia będzie dopiero wtedy, kiedy zegar uderzy po raz dwunasty, a to się jeszcze nie stało. - Musiało się stać! Przecież jestem tu już długo, myślę, że co najmniej od godziny. - Widzisz, sam powiedziałeś, że jesteś TUTAJ, nie TAM. Tam wybrzmiewa ciągle jedenaste uderzenie zegara, a tutaj nie ma czasu, nie ma daty, więc może być 32 grudnia, ale 1 stycznia – nie. Czy to nie jest proste?
Franciszek siedział oparty o pień wierzby, patrzył na słońce poprzez liście drzewa, słuchał śpiewu ptaków i cieszył się czasem, którego nie było. A potem... Potem zamknął oczy i usłyszał dwunaste uderzenie zegara. Kiedy spojrzał w telewizor, zobaczył, że jest 1 stycznia. Wszyscy się śmiali. On także.
Życzę Wam szczęścia w nowym roku. Niech Wam się udaje jak najwięcej z tego, do czego dążyć będziecie. Niech czas kiedy jest „fajnie inaczej” przemija jak najszybciej, a płynie wolno (czyli szybko), kiedy jest naprawdę fajnie. Niech nadchodzący rok składa się z długich dobrych dni. Te gorsze niech będą krótkie. Spróbujmy pomajstrować przy kalendarzu. Może się uda J.