RSS
czwartek, 03 lutego 2011
Koniec

Przez nieco ponad dwa lata funkcjonowania tego bloga napisałem ponad dwieście notek. To nie tak wiele, ale cienką książeczkę by wypełniły. Komentarzy jest ponad 6000 i chociaż spora ich cześć pochodzi ode mnie, to jednak nie wszystkie, dalece nie wszystkie. To miłe. W sumie spory kawałek zadrukowanego wirtualnie elektronicznego papieru. Niezłe ćwiczenie pisarskie. Gdyby miało być mi do czegoś potrzebne, uznałbym je za pożyteczne. Nie jest. Chociaż... nie całkiem. Zacząłem się uczyć stawiać przecinki. Nadal nie umiem, ale mniej nie umiem, niż kiedyś. Myślę, że gdybym dziś napisał dyktando, to praca byłaby mniej czerwona od przecinków dostawionych i skreślonych, niż to w szkole bywało. Co do błędów ortograficznych... hm. Jedynkę i tak bym dostał. Lubię słownik internetowy PWN. Wszystko w nim jest. Ciekawych rzeczy się człowiek dowiaduje, odkrywa, że reguły językowe mogą być interesujące i czuje się trochę jak pan Jourdain, poznający samogłoski. A, e, i, o, u... jak przyjemnie jest coś umieć, albo chociaż myśleć, że się umie.

Poszedłbym na ryby, ale... ja nie lubię łowić ryb.

Dziękuję wszystkim, którzy tutaj bywali.

14:33, alex-2001
Link
wtorek, 01 lutego 2011
Komentatorzy

Blogerzy robią czasem notki w formie wykładu z zakresu systematyki różnych zjawisk.
To ja też. Dziś...

...wyrywkowa klasyfikacja komentatorów politycznych.

  1. Komentator amator pospolity (orator subsapiens vulgaris). Osobnik o niskim czole i wydatnych kościach policzkowych, lub odwrotnie – łysy, o wydatnych policzkach, względnie włochaty i chudy, duży albo mały, ruchliwy lub flegmatyczny, słowem – wygląd dowolny. Zamieszkuje wszystkie nisze ekologiczne i wszystkie szczeble drabiny społecznej, omijając poziomy zarezerwowane dla inteligentów, gdyż wtedy przechodzi w typ drugi, o którym w punkcie, jak łatwo zgadnąć, drugim. Nosi się skromnie, lecz gustownie – spodnie od dresu + adidasy + krótka kurtka. Czapkę bejsbolówkę ubiera w lecie, natomiast w zimie nie, w zimie dygocze skurczony pod naporem mroźnych podmuchów, liżących bezlitośnie jego czaszkę. Może też występować w stroju typu sweterek + sandałki + skarpetki + spodnie zwykłe albo i w marynarce. Do marynarki białych skarpetek już nie nosi. Wydarzenia komentuje językiem prostym, niebyt wnikliwie, gdyż, jak słusznie mniema, to wszystko i tak złodzieje, nieroby, jedna banda oszustów, komuchów, etc. Dalej się nie wgłębia.
  2. Komentator poważny wielofunkcyjny (orator funeralis multisapientia). Gatunek licznie zasiedlający tzw. media (nie mylić z gazem, prądem i wodą - tam nie mieszka; wyjątek stanowi kanalizacja). Wypowiada się bardzo serio, dokładając swoje trzy grosze do góry innych groszy złamanych, co jednak wartości owego skarbu i tak nie podnosi. Na materii omawianej zazwyczaj się nie zna, ale to mu nie przeszkadza, i nie tylko jemu. Nudzi lub opowiada głupstwa powtarzając opinie tzw. autorytetów, gdyż nie rozumie, że tzw. autorytety opowiadając kłamstwa, czynią to, bo mają w tym interes, natomiast ich powtarzanie bez własnej korzyści jest już tylko głupotą. Komentując wykazuje zacietrzewienie, emocje właściwe wiekowi wiecznego dojrzewania lub przeciwnie – emanuje spokojem, który daje mu poczucie misji i mocno dowartościowujące przekonanie, że oświeca tłumy. Wgłębia się w materię, lecz materia ma to gdzieś.
  3. Komentator polityczny (homo sapiens sapiens). Bardzo rzadki gatunek, zagrożony wyginięciem ze względu na malejące zapotrzebowanie na mądrość. Zamieszkuje niewielkie enklawy w buszu, posiada rozległą wiedzę i szerokie znajomości, którymi jednak się nie chwali (wyjątek: Krzysztof Mroziewicz). Poznać go można po tym, między innymi, że słuchając go, można się dowiedzieć czegoś, czegośmy jeszcze nie wiedzieli. Precyzyjnie buduje zdania, dzięki czemu nie tylko łatwo go zrozumieć, nawet gdy mówi o rzeczach skomplikowanych, ale także posłuchać, albo poczytać, przyjemnie, i po wyłączeniu telewizora, albo zamknięciu gazety, nie mamy poczucia żeśmy czas tylko wytopili. Obecnie trudny do zaobserwowania. Kiedyś występujący np. w programie „7 dni świat” w osobach Tadeusza Jacewicza, Andrzeja Jonasa, Marka Ostrowskiego, Adama Szostkiewicza i prowadzącego program Andrzeja Turskiego. W telewizji, za przeproszeniem, publicznej – gatunek na wymarciu.

Są też typy zupełnie inne, oraz typy pośrednie, zwłaszcza pomiędzy typem pierwszym i drugim, trzeci bowiem stanowi osobną ligę, bynajmniej nie trzecią i podejrzewam, że wpełznąć do niej na raty się nie da. A wielu by chciało.

11:50, alex-2001
Link Komentarze (15) »
czwartek, 27 stycznia 2011
Uśmiech, czyli poważna sprawa

Nie przepadam za ludźmi szczerzącymi się bezustannie i na zawołanie. To nawet miłe, rozbrajające, ale jednocześnie wywołuje u mnie pewną irytację, ponieważ czuję się manipulowany. Wiem, że to gra i ta świadomość mi przeszkadza. Nie polubię takiej osoby.
Na drugim biegunie są ludzie o spiżowych obliczach. Ich powaga jest równie totalna, jak pogodność słonecznych buziek typu „Can I help you” (smile). Tyle, że oni z zasady się nie uśmiechają, wyglądają jak wieszcz Adam w długim płaszczu, którego poły rozwiewa wiatr, a wzrok przenika za linię horyzontu, ewentualnie jak ekspert pochylający się nad problemem.

Oto plansza poglądowa.

Urodziwy ów dżentelmen to Azrael, bloger piszący dużo na tematy polityczne, który nie tak dawno wystąpił w telewizji Superstacja. W pierwszych chwilach myślałem, że to jakiś ekspert od lotnictwa, bo mówił akurat o tym, co wszyscy, czyli o wiadomej katastrofie, ale potem okazało się, że nie od lotnictwa, tylko od wszystkiego. Bardzo dobrze, facet ma misję (blog nosi podtytuł „Po stronie prawdy”), pisze do rzeczy i całkiem sprawnie, ale ja nie o tym dzisiaj. Przez pierwsze minuty wywody Azraela odbierałem naturalnie, do czasu, aż uświadomiłem sobie, że coś mnie uwiera. Nie był to wszakże cukierek typu krówka w tylnej kieszeni spodni, ani zbyt ciasna gumka w majtkach, ani kość porzucona przez psa na fotelu.
Uwierał mnie nadmiar powagi w osobie A. Wiem, nie można oczekiwać, że zdanie komentujące śmierć pasażerów samolotu okraszone zostanie uśmiechem, ale w dłuższej wypowiedzi, nawet poważnej, człowiek, zachowujący się naturalnie, robi różne miny. Właśnie – różne. Nie tylko poważne. Czasem nieco żartobliwe, czasem silnie ekspresyjne, i czasem także się uśmiecha. Człowiek bez cienia uśmiechu jest jak cyborg. Miał (i ma) ten problem Balcerowicz, któremu kiedyś poradzono, żeby się uśmiechał. Wyszło tragicznie, bo nieszczęsny raz na 30 sekund wykonywał grymas ustami, pamiętając o zaleceniu speca od wizerunku, lecz sztuczny był przy tym jak gipsowa cytryna w ladzie chłodniczej. Żal dupę ściskał, kiedy się na to patrzyło.
Naturalnego uśmiechu nic nie zastąpi, a obejść się bez niego ciężko. Pewnie dlatego jest tak cenny.

11:37, alex-2001
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Dylemat życzliwego

Jest słoneczne popołudnie, lato. Ciepło, lecz nie gorąco. Rzecz mogłaby się dziać w którymś z polskich miast, gdyby nie to, że opodal dużego, samotnego drzewa na środku placu stoi ford T, mężczyźni w kawiarnianym ogródku mają na sobie garnitury z kamizelkami, na krzesłach leżą ich kapelusze, a dochodząca skądś muzyka brzmi mocno dixielandowo. No i gdyby nie ten Czarny, ale o tym z chwilę. W fordzie nie ma kierowcy. Samochód, odmiana furgonetki, ma włączony silnik, który pracuje na wolnych obrotach. Muzyka gra w takt podrygującego lekko pojazdu. Widzicie to? Ja tak. Zupełnie jak na filmach z lat dwudziestych, tylko lepiej, bo w kolorze i bez rys na taśmie filmowej, migających na ekranie, niczym gęstokroplisty deszcz.
Drzewo, prawdopodobnie lipa, ale niekoniecznie, ma w pniu długie wydrążenie, taką dziuplę wysokości człowieka, niszę, w której dorosły mężczyzna mógłby się zmieścić. Otóż i on. Do drzewa podchodzi wysoki, szczupły, z roześmianą od ucha do ucha paszczęką, Barack Obama.
Drzewo jest lekko pochylone, a wydrążenie ma kształt rozciągniętej litery S. Barack Obama zbliża się rączo do pnia, wchodzi do wydrążenia, poprawia się, dopasowuje i wypełnia sobą dokładnie ową dziuplę. Patrzy na nas z półprofilu, podpierając głowę ręką, której palce rozłożone są tak, że palec wskazujący celuje w zewnętrzny kącik oka Baracka, opierając się na kości policzkowej, palec środkowy znajduje się przy ust jego malinach, a kciuk, niewidoczny, wspiera zawiasy jego żuchwy. Barack Obama zastyga w pozie Baracka Frasobliwego, tyle że z uśmiechem na ustach. Wygląda jak oprawiony w korę tandetny obrazek.
W tym miejscy wszyscy już wiemy, że to nie może być rzeczywistość. Istotnie, to sen.
Co dalej?
Nad głową Baracka, wmontowane w korę, zapala się niebieskie światełko, które oznacza, że można podchodzić – Obama będzie spowiadał. Natychmiast podbiegają trzy panie w jasnokremowych, długich sukniach w duże kwiaty, w kolorach jesiennych liści. A ford cicho pyrka na uboczu.
Podchodzę do furgonetki, zaglądam do szoferki i widzę, że silnik może i pracuje, ale samochód podryguje z innego powodu. W miejscu deski rozdzielczej znajduje się dwupalnikowa kuchenka gazowa a na niej aluminowy czajnik z gwizdkiem, który nie gwiżdże, chociaż para bucha buch-buch. Woda się zagotowała – konstatuję. Trzeba by wyłączyć. Wiem, że samochód należy do faceta w kawiarnianym ogródku i targa mną dylemat – powiedzieć mu, że woda się za chwilę wygotuje i może być źle, czy się nie wyrywać, bo może on o tym doskonale wie, zaraz podejdzie i tak, a ja tylko wyjdę na głupka, który pcha się z dobrymi radami, troszczy się oto, co nie jego i zupełnie niepotrzebnie się wtrąca?
Muzyka gra, mężczyźni rechoczą, panie się śmieją, Obama spowiada, a ja patrzę na ten czajnik, na sapiącego parą forda T i nie wiem co robić...

Mieliście tak kiedyś?

13:30, alex-2001
Link Komentarze (16) »
czwartek, 20 stycznia 2011
Wuefmen, czyli mentalność terrorysty

Rozzuchwalony życzliwym przyjęciem, z jakim spotkała się wzmianka umieszczona w poprzedniej notce, o tym, że nie uprawiam sportów, dzisiaj jeszcze kilka słów na ten temat.

Obowiązuje w naszej cywilizacji pogląd, że sport jest zdrowy, piękny i szlachetny, zatem każdy musi go lubić i uprawiać. Jest to sposób myślenia terrorysty, który uważa, że każdy powinien wielbić Allacha, a jeśli nie wielbi, to godzin jest pogardy. Sport jest, w swojej istocie, atawizmem, produktem ewolucji, efektem przystosowania się naszego gatunku do warunków środowiska. Przez tysiące lat człowiek, aby przetrwać, musiał wędrować, biegać, polować i walczyć. Nasze ciała miały dwa wyjścia – albo tym wyzwaniom sprostać, albo zginąć. Jak widać żyjemy. Ale już nie musimy walczyć o ogień i ścigać zwierza z dzidą. Mamy więc sport.
Dziś o przetrwaniu nie decyduje bieganie i polowanie, lecz myślenie i praca. Sposób życia zmienił się skokowo, nasze ciała nie. Dlatego musimy im dostarczać ruchu, aby utrzymać je w jakiej takiej kondycji. Aktywność ruchowa jest fizjologiczną koniecznością i niczym więcej. Trochę trzeba, ale dlaczego wszyscy obowiązkowo mają to lubić? Równie dobrze można by żądać, aby wszyscy lubili matematykę, bo wyrabia logiczne myślenie i racjonalne podejście do problemów. Matematyki jednak wolno nie lubić, nawet można się takim nielubieniem chwalić, natomiast sport lubić trzeba. Takiemu faszyzmowi mówię nie! Celem człowieka nie jest życie zdrowe, lecz szczęśliwe, zaś wszelki przymus szczęście wyklucza, zabija je jak gaz musztardowy, tłamsi, niczym polski szlachcic ukraińskiego chłopa w czasach Pana Wołodyjowskiego. Przymus wyrywa szczęściu wnętrzności, jak Kuba Rozpruwacz tanim grzebieniem z kiosku, wyjada je powoli niczym tęgoryjec, albo tasiemiec uzbrojony, Przymus lubienia czegokolwiek jest jednym z najbardziej toksycznych przymusów, wywołuje opór i podsyca płomień nienawiści do tego, co ma być lubiane, lepiej niż benzyna pomieszana z naftą, eterem, denaturatem, płynem do spryskiwaczy, wodą brzozową i winem „Arizona”.
Niech więc ci, którzy lubią, biegają, zjeżdżają, skaczą i fruwają, lecz niech nie czynią tego w przekonaniu, że wyznają jedynie słuszną ideologię. Bo nie ma takiej.

13:07, alex-2001
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Czego o mnie nie wiecie

Akemi zaprosiła mnie do łańcuszka internetowego, w którym uczestnicy zabawy ujawniają czytelnikom to, czego jeszcze o nich nie wiadomo. He, he.
No to proszsz...

Lubię mycie. Lubię myć... coś. Najlepiej naczynia. Stąd szop pracz u góry, jakby się ktoś pytał. Mówię o tym, bo to niezbyt częste upodobanie. Większość osób nie lubi zmywać naczyń. Ja tak. Chlapanie się w wodzie lubiłem od zawsze. Mama miała taki aluminiowy garnek z pokrywką. Pokrywka zaś miała uchwyt w postaci ebonitowego dzyndzla, przykręconego na środku jedną śrubką. Ta śrubka zawsze był luźna. Wystarczyło trzymać pokrywkę za uchwyt, tak żeby jej płaszczyzna była pionowa, wsunąć pod kran i odkręcić wodę. Strumień wody uderzał w krawędź pokrywki, jak w koło młyńskie Horpyny, a pokrywka wirowała magicznie. Magicznie, bo przecież pokrywka nie ma łopatek, a mimo to kręci się tak szybko. Tak oto emiprycznie zapoznałem się z pojęciem lepkości cieczy. Kto by pomyślał, że woda jest lepka. No jest.
Lubię czytać, ale o tym nie wspominam, bo to nie jest oryginalne upodobanie w tym gronie i chyba nikogo nie zaciekawi. Mój stosunek do papieru zadrukowanego nie jest tak nabożny jak u Akemi - gdyby nawet papier toaletowy zapisany był powieściami Stanisława Lema, to i tak bym go używał, tylko jeszcze dłużej przesiadywałbym w WC.
Gdybym nie to, że jestem zdolny (czasami) do (odrobiny) samokrytycyzmu, czułbym się kolegą Leonarda (da Vinci, ale di Caprio też), bo potrafię coś narysować, namalować, nawet zaśpiewać i zagrać – na scenie, albo na gitarze. W żadnej z tych dziedzin nie mam jednak talentu, więc robię to dla siebie, lub dla wąskiego grona jeśli już, choć nie zawsze byłem tak powściągliwy i na wielkich salach też zdarzyło mi się występować.
Jako człowiek Oświecenia (skromność) (update po uwadze Acemi: Oświecenia znaczy Odrodzenia, się wie, co nie? No) mniemam, że potrafiłbym zrobić względnie dobrze prawie wszystko, do czego wezmę się z sercem i z własnej woli. Wiem natomiast, że w sportach jestem cienki jak barszcz i to się już nie może zmienić, bo nie mam ani mięśni, ani refleksu i cokolwiek robiłbym, by temu zaprzeczyć, byłoby tylko gwałceniem własnej, delikatnej natury. Umrę zapewne w przekonaniu, że piłka lata za szybko, trudno w nią trafić – obojętnie: ręką, nogą, czy rakietą (złapać też trudno, śliska cholera jest), a bieganie męczy. Nic mnie to jednak nie martwi. Zupełnie nie czuję przymusu sportowania się. Lubię głównie rower (siedzi sobie człowiek i jedzie) i wędrówki.
Wierzę, że świat jest naukowo poznawalny, wszystko ma swoją przyczynę i wytłumaczenie, choć nie wszystko o świecie wiemy i nigdy wszystkiego wiedzieć nie będziemy. Chciałbym, żeby zdarzały się cuda, ale w nie nie wierzę.

Mógłbym jeszcze trochę o sobie opowiedzieć, chyba (teraz nic mi nie przychodzi do głowy), lecz na tym poprzestanę, bo przecież i tak nie powiem tego, co najważniejsze. To już trzeba wyczytać samemu, między wierszami moich notek.

Do łańcuszka zapraszam:
Żaboćka, Kocurkowatą, 4w, Oksyd i Aspro.
Jeśli chcą, oczywiście :).

14:27, alex-2001
Link Komentarze (21) »
czwartek, 13 stycznia 2011
O podłej naturze rzeczywistości

Jesteśmy narodem wierzącym. Wiara nasza jest żarliwa, chociaż wybiórcza. Wierzymy zawsze w to, w co chcemy wierzyć. Ulegamy złudzeniu, że tak jest wygodniej, łatwiej, bo przecież zamiast zmagać się z rzeczywistością i traktować ją z respektem, prościej jest uznać, że rzeczywistość jest taka, jak byśmy chcieli, aby była. Tyle, że ona ma to nasze chcenie w dupie. Wiara nasza, choć żarliwa, cudów jednak nie czyni.

Niezachwiana wiara w to, że samoloty z prezydentami na pokładzie nie rozbijają się, bo przecież jeszcze nikomu się to nie przytrafiło, nie pomogła uniknąć katastrofy 10 kwietnia 2010 r. Raport MAK z sugestywną animacją komputerową wzbogaconą o ścieżkę dźwiękową thrillera pt. „Jak Polacy starali się zabić i dlaczego im się udało” robi wrażenie przygnębiające. Okazuje się, że całe stado ludzi pracowało długo na to, żeby pod Smoleńskiem prezydent ze świtą mógł wreszcie głupio zginąć. On sam też konsekwentnie przygotowywał własną śmierć, choćby mszcząc się na pilocie, który nie chciał lądować „na wariata” w Gruzji, kiedy Kaczorowi przyszła taka fantazja do głowy, i bezustannie, obsesyjnie sugerując spiski dyplomatyczne przeciwko swojej osobie. Usiłowania te zostały uwieńczone „sukcesem”. Gra w rosyjską ruletkę ma tę właściwość, że cierpliwy gracz na 99,999% w końcu rozwali sobie łeb. No i rozwalił.
Wstyd ogromny, smutek najbliższych nie mniejszy, ale, co gorsza, wygląda na to, że katastrofa pod Smoleńskiem będzie na następne dziesięciolecia ulubionym tematem wszelkich oszołomów, dla których oskarżanie Rosjan o niegodziwość jest solą życia, sensem ich istnienia. Żyjący Kaczyński będzie opowiadał brednie do końca dni swoich, media będą te brednie powtarzać, zaś dyskutanci będą się nad nimi z powagą pochylać. Jarosław K. już ma apetyt na ekshumację brata, co źle wróży na przyszłość. Przecież to dopiero początek.

Chciałbym, żebyśmy przestali podniecać się naszymi klęskami i kompromitacjami, a zaczęli wyciągać z nich praktyczne wnioski. Ale to już chyba nie byłaby Polska.

11:21, alex-2001
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Lekkie nietrzymanie moczu

Piękna blondynka o nienaturalnie zielonych oczach, jak butelka air-vick, albo kostka domestos, spogląda w oko kamery i mówi coś na temat tego, o czym myśli mężczyzna, kiedy patrzy jej w oczy, albo ogląda ją w tańcu. Może trochę przekręcam, ale to mało ważne. Wydawało mi się, że wiem, o czym może wtedy myśleć mężczyzna i czekałem na potwierdzenie. Zamiast tego dowiedziałem się, o czym on nie myśli. Według blondynki na pewno nie myśli o jej... lekkim nietrzymaniu moczu.
Ożeż!
Tak, tak, tak! Po trzykroć tak (wersja angielska: yes, yes, yes!)! Z pewnością on nie myśli o jej lekkim nietrzymaniu moczu. Nie myśli też zapewne o jej niewielkich hemoroidach i dyskretnym pypciu na języku. Nie myśli i nie chce myśleć. Bo gdyby myślał, to w nocy przyśni mu się koszmar, że ona nie trzyma (lekko) moczu i... i on wtedy też nie utrzyma, i się zmoczy (ale lekko), i wtedy albo się obudzi, albo przyśni mu się reklama z udziałem jego żony i córeczki ślicznej jak aniołek, która mówi „Ja nie trzymam tak: si, si, si, moja mama nie trzyma tak: sik, sik, sik, a mój tata nie trzyma tak: siur, siur, siur”. Wtedy w kadr wchodzi mamuśka i z uśmiechem oświadcza, że wszystkim zakłada podpaski, a ojcu dzieci to nawet owija i już jest super, bo chociaż mają lekkie nietrzymanie, to trzymają się razem, i są szczęśliwi.

Nie mam nic przeciwko reklamowaniu nietrzymania moczu, nie brzydzi mnie to, mogę rozmawiać o konsystencji kupy mojego psa i zajadać jednocześnie kaszankę, ale niech te reklamy będą trochę mądrzejsze. Nie zawsze zdążę zamknąć oczy, bo... mam lekkie nietrzymanie powiek.

12:00, alex-2001
Link Komentarze (22) »
środa, 05 stycznia 2011
Aż nie wiem, o czym to

Wpadła mi w ręce darmowa gazetka „Bestseller” - przewodnik książkowy.
Znalazłem tam fragmenty książki ojca Ksawerego Knotza, który występuje jako ekspert od seksu. Duchowny katolicki w roli seksuologa to rzecz ciekawa, zatem rzuciłem okiem na tekst i szczęka mi opadła. Nie z powodu tego, co pisze zakonnik, tylko z powodu tego, co piszą do niego ludzie, mający problemy łóżkowe. Myślałem, że niewiele już może mnie zdziwić, ale błądziłem.
Pewna pani nie doznaje satysfakcji kiedy kocha się po bożemu, ale jak mąż robi inne, fajne rzeczy, jeszcze przed, to tak, to jest super i ona doznaje, jak najbardziej, tylko martwi się, czy to nie jest grzech ciężki i czy Pana Boga to nie obraża...
Druga pani w ogóle nie może tak, jak Pan Bóg przykazał (ojciec Knotz rozpoznał dyspareunię), ale w inny sposób może, tylko też się martwi, że to grzech, więc nie wie co robić. Pytała księdza – opieprzył ją. Mąż się wścieka, ona nie wie co dalej, no bo jak to grzech, to co będzie?
Janusz natomiast lubi seks tylko prokreacyjny i kiedy żona „zakomunikowała” mu, że dzieci już więcej nie chce i kochać się mają tylko w dni bezpłodne, to on jej powiedział, że to go nie kręci, ale dobrze, dla niej może się potrudzić. Na to ona, że obędzie się bez łaski (nie mylić z łaską Boską). Pan Janusz nie chce, żeby żona cierpiała, ale chce być w porządku w stosunku do Boga i ma dylemat, gdyż mniema, że Bóg się wkurzy, jak on będzie z żoną, panie, tego, tak po prostu, dla frajdy.
Ojciec Knotz cierpliwie tłumaczy temu tercetowi (i pewnie innym przypadkom), że Bóg naprawdę nie obraża się, gdy ludzie igrają w łóżku dla przyjemności, że wolno tak i należy, że to jest dobre, że spoko, luz, że czas niepłodny też sam Pan Bóg stworzył, więc wolno go używać. Ogólnie mówi ludzkim głosem i do rzeczy (prezerwatywy są złe, ale to jasne, nie wymagajmy cudów), więc zostawmy go w spokoju.

Przeczytałem te „listy do redakcji” i wiedziałem, że chcę o tym napisać notkę. Nie wiedziałem tylko, co chcę napisać. Czy o sobie, czyli moim bezbrzeżnym zdziwieniu, że nadal żyją ludzie, którym zdaje się, że Bóg pilnuje, czym i gdzie oni się dotykają i bije po łapach, jak coś nie tak. Czy to możliwe, żeby ktoś myślał, że istota nieskończenie mądra i nieskończenie dobra, która kocha ludzi, stworzyła człowieka z jego seksualnością, pogniewa się, jak ludziom będzie razem dobrze? Jak widać, możliwe.
A może o tym, że lekarz leczy pacjenta, którego całe dotychczasowe życie wpędzał w chorobę?
Nie wiem, ale nie muszę wiedzieć – notka już i tak za długa.

13:11, alex-2001
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 03 stycznia 2011
Panta rhei

Lata mijają, czasy się zmieniają. Wszystko się zmienia. A filmy w szczególności. Weźmy np. Jamesa Bonda. Dwadzieścia lat temu to był świetny film, ale popsuł się jakoś. Już przed dziesięcioma laty pojawiły się pierwsze objawy pogarszania się kondycji Jamesa – zasypiałem na filmie najdalej po godzinie i piętnastu minutach, przez co nigdy nie wiedziałem, co było pomiędzy strzelaniem z długopisu a finałową eksplozją totalną, w której ginął jakiś psychol ze złotym pistoletem, czy też satelitą. Teraz jest jeszcze gorzej – nawet nie zaczynam oglądać Jamesa. Nudzi mnie podobnie, jak wyścigi amerykańskich samochodów policyjnych na ulicach Chicago. Najbardziej interesującą kwestią w każdym filmie, jaki pojawia się w TV, jest dla mnie to, czy już go widziałem. Prawdopodobnie tak. To niby nie powinno mi przeszkadzać, bo najczęściej i tak nie pamiętam fabuły, no i nie przeszkadza... spać. Tak to popsuły się wszystkie filmy, włącznie z westernami, z których nadal cenię tylko Balladę o Cable’u Hogue’u i może coś jeszcze, czego w tej chwili sobie nie przypominam. Na tym tle, powtarzalnym cyklicznie jak wzorek na tapecie, aż człowiek tęskni do filmu radzieckiego, w którym dzielny żołnierz otrzymał w nagrodę za swoje czyny czerwone spodnie. Ale tego się już nie zobaczy.

Dobrze, że młodzież teraz lepsza i grzeczniejsza niż kiedyś, lepiej wychowana, kulturalna. Tak twierdzi żona mojego znajomego. Mówi, że trzydzieści lat temu, kiedy szła ulicą, to chłopcy gwizdali za nią, rechotali i wydawali jakieś bliżej nieokreślone dźwięki, a teraz – nic...

Idzie ku dobremu.

14:10, alex-2001
Link Komentarze (10) »
piątek, 31 grudnia 2010
Oto słowo Prezesa

- No. Na mnie już czas. – Powiedział Prezes, nie spoglądając ma zegarek, po czym dopił kawę z trzech łyżeczek rozpuszczalnej i ani jednej cukru.
Dzień chylił się ku zachodowi. Segregatory rzucały coraz dłuższe cienie w chłodnym świetle jarzeniówek. Na mieście trwała gorączkowa bieganina, w supermarketach ścisk potworny i kolejki do kas, bo przecież trzeba koniecznie kupić mineralną, łososia, żubra i szampan dla dziecka, bezalkoholowy, ale za to plamiący. Jutro Nowy Rok, a po Nowym Roku to wiadomo – wszystko będzie inaczej. Właściwie, to nie wiadomo co się zmieni poza stawkami VATu. Twierdzę, że znów wstanie słońce, nadal będzie zima, będziemy się nazywać tak samo jak dzisiaj i samochód w garażu też będzie stał ten sam. Jeśli ktoś nie ma samochodu, to... też będzie ten sam – żaden. A jednak ludzie zachowują się przed końcem roku tak, jakby po pierwszym stycznia miał nastąpić koniec i początek wszystkiego. Minie im to w Nowy Rok. Magia jakaś, czy co?
Prezes wyciągnął dłoń.
- Życzę panu tylko trzech rzeczy: zdrowia, miłości i pieniędzy. Jak pan będziesz miał te trzy rzeczy, to już niczego więcej panu nie będzie potrzeba.
Wyszedł, a w pokoju zrobiło się jakby trochę ciemniej.

Życzę Wam w nowym roku tylko tych trzech rzeczy.

13:37, alex-2001
Link Komentarze (11) »
wtorek, 28 grudnia 2010
Kącik poezji

- Franciszku, dlaczego nie napiszesz wiersza, tylu ludzi pisze?
- Jest wiele powodów. Po pierwsze nie umiem.
- Och, to nie jest powód ani przyczyna!
- Istotnie...

Stepy polskie

Wpłynąłem na białego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w bezmierność i jak łódka brodzi,
Śród fali zasp zastygłych, śród śniegu powodzi,
Omijam śpiące auta jak pasma kurhanów.

To nie świt jeszcze, nigdzie drogi ni burzanu,
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, wiatr w lusterku świszczy;
Hej, na cyhrli, na cyhrli, cosik się tam... błyszczy,
Hej, cy to kupa gnoja, cy... cienie kurhanów?

Hej ty, brzozo kurhanna, hej ty brzozo płaczko,
Patrzysz, jak leniwie kręcą się czarne koła,
Śmieszno i smutno szumisz nad moją tułaczką,

W tej bieli nie uświadczy ni piersi, ni zioła.

Jadę trzydziestką, dłubię w zębach wykałaczką,
Komórka nagle dzwoni. Kurhan! - Ktoś mnie woła.

10:48, alex-2001
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21

statystyka

Skopiuj CSS