Nie chodzi o czarną skrzynkę w samolocie, tę w kolorze pomarańczowym. Zaraz powiem, o co.
( A tak przy okazji. Pamiętacie to? - Tatusiu, co to jest? - To są czarne jagody, córeczko. - Czarne jagody? To dlaczego one są czerwone? - Bo są jeszcze zielone.)
Czarna skrzynka to takie określenie na coś, co działa, chociaż nie wiadomo jak, ale to nie jest ważne, bo liczy się tylko to, że działa, liczą się efekty, a nie to, co w środku się obraca, mieli, czy co tam jeszcze. Dajemy coś na wejściu i otrzymujemy pożądany wynik na wyjściu. W ten sposób często używamy urządzeń i nie przeszkadza nam bezmiar naszej ignorancji technicznej. Zakładamy nawet domyślnie, że tak ma być, zajmowanie się bebechami maszyn nie jest nam potrzebne. Podobnie, jeśli coś nie działa, to nie zawsze chcemy wiedzieć dlaczego, tylko rozglądamy się za jakimś skutecznym rozwiązaniem. Tak czyni większość ludzi zachowujących się racjonalnie. Ale po co ja o tym mówię?
Myślę, że podobnie można by postępować z ludźmi, bo czasem nie potrafimy ich zrozumieć, nie jesteśmy w stanie. Brak nam wiedzy o nich samych, o rozlicznych faktach i uwarunkowaniach, z których wynikają ich zachowania. Nie przyjmujemy jednak do wiadomości, że czasem ludzie nie chcą być zrozumiani, albo nie mogą na to pozwolić. Wiem, że to dziwnie brzmi. Myślimy, że zrozumienie zawsze jest możliwe, i zawsze potrzebne. Tak by było, w istocie, gdybyśmy byli jednakowi. Tak by było najlepiej. Ale tak nie jest.
A my nie akceptujemy tego, czego w drugim człowieku nie pojmujemy. Buntujemy się przeciwko takiemu stanowi niezrozumienia. To dobrze, jeśli jesteśmy w stanie kogoś zrozumieć i zaakceptować poznany stan rzeczy, lecz jak wielu z nas to umie? Jeśli cudze ścieżki myślowe nie pasują do naszych, to chcemy tego człowieka przerobić, przemodelować według własnych wzorców, bo przecież one są jedynie słuszne. Kiedy to się nie udaje, oddalamy się, albo toczymy wojnę, jeśli oddalić się nie możemy, czy też nie chcemy.
Może więc byłoby czasem lepiej nie otwierać łomem czarnej skrzynki i nie grzebać w trybikach, jeśli widać, że nie da rady? Może lepiej byłoby dopasować dane na wejściu tak, żeby wyniki były satysfakcjonujące, a co tam w środku – dajmy temu spokój. Niech czarne skrzynki pracują ku powszechnej radości i pożytkowi, co?
Ja wiem, że bywam przewrażliwiony, że coś sobie czasem wymyślam i dopowiadam, dlatego proszę nie traktować zbyt serio tego, co tu przeczytać można, bo, tu myśl ogólniejsza nieco, zbyt serio żyć niedobrze jest, a prawdę mówiąc... całkiem do dupy.
Dziś znowu przejadę się na świńskim grzbiecie, gdyż wielka to dla mnie uciecha, to raz, i dzień mam taki, że muszę trochę jadu z siebie wyrzucić, jak grzechotnik, albo jak ropucha, albo jak... mucha plujka, może nawet, co? To dwa.
Dygresja. Macie czasem tak, że coś tam się wydarzy, coś się w Was w środku zagotuje, zabulgoce, jakieś ciśnienie wezbrane dokuczy, albo gorycz narosła w gardle zapiecze, itd., itp., i wtedy człowiek musi coś zrobić – albo przypieprzyć, albo kogoś zbesztać, albo zadrwić, zakpić, czyli... jadu z duszy upuścić? Kto takie coś miewa, ten wie o co chodzi, kto nie miewa, może sobie wyobrazić, no chyba, że mu nie staje. Wyobraźni. Koniec dygresji.
W ramach dzisiejszego upuszczania ciśnienia powiem, że aktualny taniec wokół świńskiej grypy, wśród licznych refleksji wzbudził u mnie także i tę, że Polacy cierpią na chory deficyt męczenników. Podejrzewam, taki jestem podły, dewotów i hierarchię kościelną o skryte pragnienia, ażeby ksiądz zagrypiony (wikary, o którym mówi się w TV) skonał na łożu boleści, jako pierwsza spektakularna ofiara świńskiej grypy. Mamy, co prawda, jedną ofiarę śmiertelną świńskiej grypy, ale jeszcze nie przyklepaną, bo sekcja zwłok nie wykonana i wynik może być niepomyślny (czytaj: to nie grypa zabiła). Poza tym, był to człek świecki, no jednak nie umywa się... Mamy ponad dwieście przypadków zachorowań w kraju, ale bądźmy szczerzy, dwieście, na prawie czterdziestomilionowy kraj, to liczba śmieszna, wręcz szydercza, bo przypada jeden chory na dwieście tysięcy. Czy można się napawać takim wynikiem? Oczywiście, że nie. I oto jest! Chory ksiądz. Gorączkuje kilka dni, źle z nim. Lekarze walczą o życie. Ksiądz społecznik, dzieci, te rzeczy. Gdyby tak umarł... Za dwadzieścia lat mógłby być prawie jak Popiełuszko. Legenda całkiem niezła, że dzieci, że praca z nimi, że serca nie szczędził, że każdą wolną chwilę, że umiłował, że poświęcał się, że tak pracował, o jadle i spoczynku zapominając, tak dawał z siebie wszystko, że na zdrowiu podupadł i choroba straszliwa, okrutna, dżuma XXI wieku, powaliła go, bez litości życie doczesne odbierając. Lecz cóż to jest życie doczesne. Byłaby nowa postać... Bo teraz to czasy jakieś takie. Wojny i powstania, to już prehistoria, komuny do obalania też już nie ma, więc zasłużyć się w konspirze nie można, aparat ucisku zwiądł, nikogo nie zabija, chyba, że przez pomyłkę, a i to rzadko, stocznie zlikwidowane - ostatnia kolebka słusznego protestu przestała się bujać. Susza. A cierpieć się chce. Oczywiście nie osobiście, tylko przez symbole. Symbole, to taka piękna rzecz i praktyczna, i wzniosła, że serce rośnie jak się wspomni, albo i zaśpiewa, jak się wspomnienia rozsnuje i łezkę uroni. I już nic więcej nie trzeba. Zwłaszcza myśleć.
Mówimy, że czasy się zmieniają a wraz z nimi ludzie, że są zupełnie inni, niż kiedyś, bo za moich czasów to..., panie, a teraz to... A to jest prawda tylko powierzchowna, a przynajmniej nie cała. Czegoś takiego jak prawda cała, zupełna i skończona w życiu w ogóle nie ma. Prawdy skończone są tylko w twierdzeniach matematycznych. Jednak instynktownie czujemy, że są prawdy nieprzemijające i "prawdy” złudne, przez swoją cząstkowość, dające tylko pozór wiedzy o tym, jak się rzeczy mają, ich istoty nie sięgające.
Ostatnio wróciłem do Idioty Dostojewskiego, po czasie dłuższym niż żywot niektórych czytelników tego bloga, tak że prawie nic już, poza nazwiskami bohaterów, z tej powieści nie pamiętałem. To dobrze, bo dzisiaj odbieram ją zupełnie inaczej, tak przynajmniej myślę. Dzieło ma sto czterdzieści lat, ale ludzkie charaktery, ludzkie namiętności i zachowania są opisane tak, że i dziś, w dobie komputerów, łączności satelitarnej i globalnej gospodarki nie tracą nic ze swojego autentyzmu (przy tym opisane z takim mistrzostwem, że klękajcie narody). Te same wady i te same zalety. Ta sama obłuda, albo szlachetność, podłość albo wielkoduszność. Zadziwiającą jest rzeczą, że ludzkie myśli od wieków biegną tymi samymi ścieżkami, jakbyśmy odgrywali setki programów komputerowych zapisanych w komórkach naszych mózgów. Tylko nam się wydaje, że inaczej myślimy. Nie. Nie inaczej, niż kiedyś, myślimy o pieniądzach, karierze, władzy, miłości. Nie inaczej kochamy i nienawidzimy. Nie inaczej marzymy o czymś, albo się czegoś boimy. Zmieniają się rzeczy nas otaczające, zmienia się nasz wygląd, styl życia, kultura, jesteśmy inni, niż ludzie sprzed kilku pokoleń, ale... tacy sami. Dlatego myślę, że i młodsi od nas nie są, tak naprawdę, inni niż my, choć mamy skłonność do stawiania takich tez, i następni też nie będą, co zrozumieją... w swoim czasie.
Pisząc bloga, który urodził się w dniu urodzin (autora) i takiż nosi tytuł, nie da się nie zauważyć faktu, że minął okrągły rok, nie da się udawać, że nic się nie stało i napisać, jak gdyby nigdy nic, notkę o... pingwinach, na przykład, cokolwiek ktokolwiek przez to rozumie. No nie da się. A skoro się nie da tak, to trzeba inaczej, tertium non datur.
Na początek można włączyć muzykę. Nie trzeba, ale jak już ktoś się zdecyduje, to lepiej teraz, bo... wstęp trwa długo i, że tak powiem, nie grają, a czas płynie. Wszyscy ten utwór znają, a jak nie znają, to tylko ich strata. Zamieściłem go tutaj, bo jest... odpowiedni, o! Żywa, wesoła, porywająca muzyka świetnie wkomponowuje się w atmosferę urodzinowego przyjęcia. Słowa same w sobie też są całkiem vis a vis, albo nawet qui pro quo, zatem można się wsłuchać, jeśli ktoś jest aż tak dobry w angielskim, albo poczytać z ekranu, jak ktoś jest też dobry, ale nie aż tak, albo potraktować słowa jak melodię i po prostu słuchać, bo wielkie to dzieło i nawet jak się nie rozumie, o czym śpiewają, to i tak słychać, że pięknie. W środku, w człowieku, coś się robi. No.
Myślałem, czy by nie wstawić tu, jak to się czynić zwykło, jakiegoś obrazka „na okoliczność”. No wiecie, że świeczka w torcie, baloniki, bąbelki, etc., etc. Ale nie. Przecież, kurna, mnie to nie rajcuje, a nie będę tu robił niczego, co mi nie odpowiada. Na to jest real, ewentualnie Tesco, jak mawia pewna osoba. A tu będzie tak, jak sobie autor życzy, albo nie będzie wcale. Zakupiłem zatem za złotych polskich 5 (słownie: pięćzłotychzerogroszy) moją podobiznę rytą w szkle, chyba przez tajlandzkie dzieci, bo nie wyobrażam sobie, kto inny mógłby zrobić to tak tanio, i ustawiłem ją na migającej tandetnie trzema kolorowymi diodami podstawce z trzema bateriami AAA (podstawka w komplecie, za 5 zł!, baterie niestety,„not included”), włączyłem i mam nastrój. Wow! Miluuuusio! O tak:
Właściwie, to mógłbym na tym zakończyć, bo o czym tu, panie, gadać, ale jeśli ktoś włączył tubkę, to ona powoli się rozkręca, długa jest, i jak skończę notkę w tym momencie, to sobie nie posłucha. Tego byłoby trochę szkoda, zatem... Gdybym miał siłę i chęć, to bym się zdziwił dzisiaj, że ten blog przetrwał rok. W zasadzie nie powinien, ale, jak widać, dał radę. Czy to dobrze, czy to źle, zdania są podzielone. Pewnie źle, bo najlepsza jest nicość, w swej doskonałości nie do pobicia, lecz dla nas, istot rzeczywistych, nicość jest trudno wyobrażalna, kojarzy się z chłodem i ciemnością, a tego nie lubimy, i dlatego walczymy z rzeczywistością, próbujemy na nią wpływać, sami się wpasować i tak latami, latami. Czasami nie próbujemy. Niektórzy ulegają złudzeniu, że jak się o czymś nie myśli, to tego nie ma. Po części to nawet prawda. Tak jest z pragnieniami, marzeniami. Nie jest tak jednak z otaczającą nas rzeczywistością, przeto słusznie rzecze filozof, że sprawy zostawione samym sobie, zmieniają się ze złych na gorsze. Nie godzi się o tym zapominać, jeśli nie chcemy, by sprawy zrobiły nam jakąś większą nieprzyjemność. Ale o czym to ja...
Refleksja jest taka, że urodziny są podobne do szklanki. Tak jak szklanka, może być w połowie pełna, albo w połowie pusta, zależy jak się na nią patrzy. Tak i urodziny, mogą być dniem radosnym, przypominającym o tym, że człowiek tego dnia roku wychynął na świat i odtąd cieszy się każdym promieniem słońca, każdym łykiem powietrza, zdobywa góry, odnosi sukcesy, sadzi domy, rodzi drzewa, nosi na rękach czwartą córkę, a za rok może mieć piątą córkę, kupić sobie nowy samochód, zacząć polować, albo grać w szachy, albo pojechać na Bora-Bora. Bo człowiek wszystko może i każdy rok jego życia jest pełen materialnych dowodów, że życie jest piękne. Z drugiej strony może być tak, że każdy rok naszego życia, powyżej lat piętnastu, to rok, w którym znów coś się nie udało, coś przeciekło miedzy palcami, coś znów się odsunęło w niewiadomym kierunku, nie wiadomo jak daleko, i choć tyle rzeczy poszło dobrze, tyle udało się zrobić, to jakoś nie tak, nie tak. Chodzi o to, żeby być w tej pierwszej grupie ludzi. Jeśli ktoś ma chęć, może mi tego życzyć.
Wszyscy niech czują się zaproszeni na wirtualnego szampana i kanapeczki, o tam, w kącie, na telewizorze stoi taca. Się panie częstują. Jeśli jakiś pan przyjdzie, to też może. Nawet dwie niech sobie weźmie. Szampana! Wasze zdrowie!
Oglądanie wiadomości telewizyjnych dostarcza rozmaitych wrażeń. Optycznie bywają nawet przyjemne, gorzej z treścią dźwiękową, bo ona wywołuje często dziwne i niepokojące reakcje w organizmie.
Weźmy taką Dorotę Gawryluk. Nie powiem, że mi się jakoś szczególnie podoba, ale zrobiona jest świetnie i patrzeć się człowiek nie brzydzi. Żeby tak jeszcze nic nie mówiła... Ale mówi. Jest dość bezczelna, a przy tym głupia, bo czy wypada, żeby ktoś prowadzący poważną rozmowę z poważnym człowiekiem na temat całkiem serio, chichotał jak pensjonarka, przekręcając egzotyczne nazwisko osoby, której poczynania omawia, bo nie chce mu się nauczyć przed programem? Dorota zapewne uważa, że wypada. Nie pamiętam tego nazwiska, ale powiedzmy, że brzmiało Ibn Battuta i wtedy dialog wyglądałby tak : - A co pan powie o udziale pana Bimba Druty w tej sprawie? – pyta Dorota G. - Pana Ibn Battuty. - Hi hi hi, jakoś tak – przyznaje czarująca Dorota. Ożeż...! Hej, Serwacy, daj gwintówkę! Ty Wrygaluk! Ty!
No dobra, ale ja nie o tym chciałem, nie o tym. Tak mi się wypsnęło. Dygresja taka. Wybaczcie.
Oglądałem niedawno fragment wiadomości, w którym minister pracy i polityki społecznej Jolanta Fedak powiedziała, że nasze przyszłe emerytury będą większe, bo otwarte fundusze emerytalne nie będą pobierały prowizji od środków lokowanych w obligacjach skarbu państwa. Powinienem się cieszyć, gdyż moja emerytura już niedługo, ale się nie cieszę, tylko coś we mnie pika, bo znowu przypomina mi się jak jestem robiony w bambuko. Nie sam, razem z milionami innych ludzi, ale co to za pociecha. Bo tak. Dajemy nasze pieniądze tym pier... funduszom emerytalnym, żeby je pomnażały. One oczywiście ich nie pomnażają w żaden cudowny sposób, bo jeszcze nikomu nie udało się osłodzić herbaty samym mieszaniem, tylko kupują za to papiery, miejmy nadzieję, że wartościowe. Głównie są to obligacje skarbu państwa. To żadna filozofia, szympansa można by tego nauczyć. Na takim działaniu fundusz zarobi, kiedy państwo wykupi obligacje. To automat, samograj, i słusznie minister zauważa, że nie ma powodu tuczyć pasożytów sutymi prowizjami od mechanicznych operacji finansowych. Pozostaje jednak pytanie, po co w ogóle ta zabawa? Bo wychodzi na to, że dajemy funduszom nasze pieniądze, żeby one kupiły za nie też nasze pieniądze, od nas. Od nas, tak, bo przecież kiedy państwo wykupuje obligacje to płaci pieniędzmi z podatków, czyli naszymi. Kupujemy coś sami od siebie, żeby to potem odsprzedać sobie z zyskiem i tak wypracowaną nadwyżką podzielić się z pasożytami noszącymi rolexy, jeżdżącymi beemwicami i grającymi w golfa, choć to przykrywka, bo w sumie to oni po prostu lecą w kulki. Zabierzemy im więc prowizję (ale dziesięć lat ją kasowali) i dalej pozwolimy brać prowizję od zysków, albo i strat, na giełdzie. Bo wynik ich "zarządzania” będzie taki jak Pan Bóg da i nikt nie wie jaki. Ja wiem dlaczego tak jest. I dlatego co rusz mi coś tam w środku pika, tyka i robi tak pyk!... pyk!...pyk!..pyk!.pyk! pyk! pyk!, jak licznik Geigera pod wpływem promieniowania wkur... znaczy jonizującego. Myślę, że mam w sobie bambukometr...
- Kojarzysz Grubego, nie? No wiesz, czasem z nim gadałeś na korytarzu - mówi do mnie Jarek. - Aha, to ten co...(to i tamto, nieważne ) - No tak. - No i co? – pytam. - No to już z nim nie pogadasz. Nie żyje. - Jak to, przecież rozmawiałem z nim w piątek? - No tak, ale pojechał do domu, stopem. Załapał ciężarówkę, a ta ciężarówka rozbiła się, wypadek. Zginął. Poczułem wtedy coś takiego, jakby śmierć przemknęła tuż obok mnie, jakby dotknęła mnie połą swojego czarnego płaszcza i tak jakby wionęło chłodem, ciemnością, czernią z głębokiej otchłani. Gruby nie był nawet moim kolegą, ale był w moim wieku i przecież w piątek z nim rozmawiałem! Więc jak to tak? Skąd? Tak po prostu i już? Pomyślałem, że cały czas jest obok nas, blisko, przepaść, której nie dostrzegamy, nie zdajemy sobie sprawy z jej obecności, ale ona jest i wystarczy jeden nieszczęśliwy krok i..., albo nic, idziemy dalej. Jarka też już nie ma. Był silny, dobrze zbudowany. Zbyt dobrze. Pojechał na spływ kajakowy. Odepchnął kajak od zacumowanej barki tak mocno, że go wywrócił. Kolega, który nie umiał pływać, chwycił się jakiejś liny i ocalił życie. Jarka prąd rzeki wciągnął pod barkę... Znaliśmy się dobrze, dużo czasu ze sobą spędziliśmy. I znów to dziwne uczucie niewidzialnej śmierci przenikającej bezgłośnie otaczającą mnie przestrzeń. A potem nic, cisza. Cisza i chłód.
Od tamtych dni minęło już ponad dwadzieścia lat. Odeszli inni, których znałem i zawsze, jeśli byli to ludzie, z którymi rozmawiałem (to ważne!), miałem to uczucie, że czuję powiew chłodnego powietrza, poruszonego czarnym płaszczem. To mija szybko, zostają okruchy pamięci, na długo. Najcenniejsze, co zostaje po ludziach, bo oni w tych okruchach pamięci trwają nadal, chociaż ich samych już nie ma. Nie ma ich w grobach, gdzie spoczywają ich szczątki, ani w literach wyrytych w granicie. Jeśli nie będzie ich w naszych głowach, to nie będzie ich nigdzie, tak myślę. W naszej pamięci będą żyć przynajmniej o jedno pokolenie dłużej, albo chociaż kilka lat. To sporo, prawda?
Wisielcy są wśród nas. Wiszą wszędzie, wiszą ciągle – wiszą kiedy idą, kiedy jadą, wiszą kiedy pracują i kiedy nie pracują, wiszą kiedy jedzą i kiedy się odchudzają (zwłaszcza wtedy). Tylko kiedy śpią, to nie wiszą, bo wtedy leżą. Nie wszyscy. Niektórzy wiszą też na leżąco.
Wisielec ma abonament do wybranych osób, albo w sieci, albo do szczęśliwego numerka, czy jak tam zwał, za darmo, i wisi od porannej kawy do wieczora. Ciekawe, że nie jest to uważane za nałóg ani za odchylenie psychiczne. Każdy z Was, czytając tę notkę naraża się na zarzut, że uzależnił się od Internetu, bo przecież jeśli czyta te słowa, to pewnie czyta też inne blogi, coś tam gadu-gada, skype’uje, mailuje – whatever. Znaczy – uzależniony. Natomiast jeśli gada przez telefon, to okey, to jest gut, to jest normalne, no jakżeby nie. Może nawet włożyć sobie słuchawkę z błękitnym zębem do ucha i nawijać w każdych okolicznościach, z wyjątkiem intymnych, ale właściwie dlaczego nie, zależy z kim tu, a z kim tam, prawda? Dzwoni zatem i porusza kwestie wagi państwowej, analizuje zagadkę bytu w nieskończonej przestrzeni wszechświata, mówiąc na przykład "Cześć, wstałeś?” On odpowiada zapewne "Tak, wstałem, teraz idę zrobić kupę i umyć zęby. Jak zjem śniadanie, to zadzwoń, opowiem ci co jadłem, a potem znowu zrobię kupę, może, ale to jak mi się będzie chciało, jeszcze nie wiem, więc wiesz, zadzwoń, to ci powiem...” Bo on wie, że ona na pewno zadzwoni, ale przecież przyjemnie jest być zachęconym do tego, co zrobi się i tak, prawda?
I dzwonią te małe gówna na baterię, albo warczą położone na stole, albo śpiewają, śmieją się, rżą, błyskają światełkami, transmitują kwestie: "gdzie jesteś?”, ”co jadłeś?”, "a byłeś?, "a będziesz?”, "aha....aha....aha.”, "yhm”. Gdyby miały kabelek, to można by go przeciąć nożyczkami i wtedy, niechybnie, absolutnie na pewno, ta druga osoba, gdzieś tam, umarłaby nagle, padła na ziemię, tak jak w dowcipie o blondynce opadają uszy po przecięciu żyłki przebiegającej wewnątrz jej pustej czaszki. Ten kabelek to byłby słaby punkt i dlatego właśnie, jestem tego całkowicie pewien, wymyślono telefony komórkowe.
Żyjemy w świecie komputerów i elektronicznych gadżetów. One nas powoli wchłaniają. Czy my tego chcemy?
Wydaje się nam, że najbardziej nastaje na naszą prywatność Internet, z podstępnymi wyszukiwarkami na czele. Jeśli to nawet prawda, to na pewno nie cała. Bo przecież nie tylko nasz ruch w sieci jest notowany przez wyszukiwarki, ale i nasz komputer niestrudzenie gromadzi o nas różne informacje, zapisując na swoim dysku wszystko, bez przebierania w danych, bez segregacji. Część z nich jest tracona bezpowrotnie w kolejnych operacjach zapisu, ale część pozostaje na długo, dlatego też , tak jak w odpowiedzi na rakietę buduje się antyrakietę, specjaliści od zamazywania informacji piszą programy do usuwania tego, co ktoś inny kazał maszynom zapisać. Logiczną konsekwencją powinno być pojawienie się oprogramowania do uniemożliwiania zamazywania tego, co jest zapisywane, itd. Ale komputery to przykład zużyty od ciągłego przywoływania jak stary kapeć, podobnie jak komórki (tu dygresja: co znaczy słowo "komórka”? Kiedyś byłaby to szopka z drewna, albo element żywego organizmu, dziś – telefon), ciągle coś zapisujące, wysyłające, namierzane i dające się podsłuchiwać. Komputery i telefony komórkowe to nie wszystko. Są przecież urządzenia do nawigacji satelitarnej, montowane już seryjnie w samochodach. Cóż stoi na przeszkodzie, by zapisywały całą trasę samochodu, od opuszczenia fabryki po złomowisko? Mogą zanotować, gdzie, kiedy znajdował się pojazd, jak szybko jechał i inne rzeczy, jakie tylko zrodzi fantazja konstruktorów. Są zegarki na rękę mierzące ciśnienie i puls. Też mogłyby to zapisywać, a nawet wysyłać do sieci...przez komórkę, niech sobie ktoś tam czyta. Dalszy postęp technologiczny pozwoli zapewne zbierać setki innych informacji, nawet o tym co jemy i jak się wypróżniamy, bo przecież jeśli coś można zrobić, to będzie to zrobione, pozostaje tylko kwestią czasu, kiedy.
Oplatamy się mackami elektronicznej ośmiornicy. Dziś może się wydawać, że to wszystko, co napisałem, to przesada i wydziwianie. Ktoś powie, że to w ogóle nie jest problem, bo uczciwy człowiek nie ma niczego do ukrycia i niech tam sobie ta elektronika go śledzi, co mu tam. Może i tak. A jednak myślę, że już sama świadomość permanentnej rejestracji każdego westchnienia odbiera człowiekowi poczucie wolności, bo co to za wolność, z której można korzystać tylko pobożnie i prawomyślnie? Czy to jest wolność w istocie? Czy tak będzie wyglądała przyszłość?
Pamiętacie swoje czasy szkolne? Co za pytanie! Jasne, że pamiętacie. A pamiętacie kary? Założę się, że też.
Pan od muzyki robił tak, że jak ktoś gadał na lekcji i o bożym świecie zapominał , to on podchodził po cichu, napinał plastikową linijkę i czekał. Wszyscy patrzyli na Pana i też czekali, wiedzieli bowiem, co nastąpi. No, może nie wszyscy. Nie patrzył ten, do którego Pan podszedł, bo przecież nieszczęsny o bożym świecie zapomniał, więc i o Panu też. Cisza zalegała najpierw w najbliższym otoczeniu delikwenta, a potem rozprzestrzeniała się na klasę koncentrycznie, szybko i bezszelestnie jak fala tsunami, spokojna na oceanie, lecz przecież niosąca w sobie katastrofę. Kiedy już wszyscy poczuli nastrój chwili, w klasie robiła się cisza absolutna, że usłyszałbyś głos Litwy, albo nawet jak wąż śliską piersią dotyka się zioła. Ten gadający nagle słyszał tylko siebie. Własna solówka brzmiąca nienaturalnie głośno na tle złowrogiej ciszy budziła w nim dzwonki alarmowe, zaczynał czuć, że coś jest nie tak. Rozglądał się, widział wpatrzone w siebie oczy klasy i spostrzegał, że te oczy patrzą też na coś powyżej. Podnosił głowę, patrzył na Pana, który, niczym miecz Damoklesa, wisiał nad nim od jakiegoś czasu. W momencie, kiedy spotkały się ich źrenice Pan puszczał napięty koniec linijki, a ta - PLASK! - waliła w czaszkę. Dalipan, nie było to miłe uczucie. Co tam przy tej wyrafinowanej pieszczocie zwykłe bicie po łapach! Toż to śmiechu warte, bo przecież ból fizyczny nigdy nie zyska pełni smaku, jeśli nie przyprawić go odrobiną przerażenia. Rzucić człowieka w ból wprost z zaskoczenia, spaść na niego nagle jak wampir z czarnego koszmaru i zatopić zęby w szyi – to jest maestria. Oj tak, dopaść człowieka bezbronnego to rozkosz i słodycz, to tryumf absolutny i ukojenie dla duszy.
Chociaż...można też inaczej. Bo to co opisałem, to jednak pikuś, przynajmniej dla mnie, w porównaniu z tym, co widziałem na jednej z przerw między lekcjami. Otóż w mojej szkole podstawowej był obowiązek spacerowania. Coś jak w więzieniu, w kółko po korytarzu, tylko że tam to jest przywilej, a u nas to był nakaz. Pilnowali dyżurni i nauczyciele. Nie krzyczeli, co prawda "Haftlinge, Mutzen ab, marsch, marsch!”, ale to chyba tylko ze względu na brak znajomości języka. Trzeba więc było krążyć. Pewna pomysłowa nauczycielka stwierdziła, że gaduły trzeba piętnować, bo nic tak nie odstrasza, jak groźba kary wykonywanej publicznie. Zakleiła zatem taśmą klejącą usta jakiejś dziewczynce i tak wysłała ją na spacer. I ona nie ośmieliła się tej taśmy zerwać, nie ośmieliła się nie krążyć. Boskie, czyż nie?
Co Wam się bardziej podoba – atak znienacka, czy upokorzenie?
W niedzielny ranek wstałem, jak zwykle, o godzinie 8.00. To dobra godzina. Można spokojnie wyprowadzić psa, zjeść śniadanie, zrobić listę zakupów na "po mszy”, a następnie udać się do kościoła na mszę dla dzieci, gdzie dobrze jest, korzystając ze spokoju, który znakomicie porządkuje bałagan informacyjny w wyłączonym umyśle, przelecieć w myślach jeszcze raz listę zakupów i uzupełnić zapiski na kartce (pamięć już nie ta) o śliwki kalifornijskie bez pestek, spody do pizzy i płyn Apta, różowy. Pamiętając o wizycie w supermarkecie i w świątyni, nie godzi się zapominać o strawie duchowej. Spojrzałem tedy w program telewizyjny z zamiarem ustawienia sprzętu nagrywającego typu defałde z twardym dyskiem na co ciekawsze pozycje dnia. Serce zabiło mi mocniej i tak ogólnie zrobiło się jakoś dziwnie, ale nie powiem, że przykro, ot inaczej, bo wzrok mój przykuły następujące pozycje Programu I ( jedna z Pr. II) telewizji, za przeproszeniem, publicznej:
7.00 – Retransmisja obrad VI Plenum Komitetu Centralnego PZPR 11.55 – Aby Polska rosła w siłę – magazyn 12.00 – Przemówienie I Sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej 12.15 – Aby Polska rosła w siłę – magazyn 14.00 – Ludzie wielkiej idei: Feliks Dzierżyński (1/2) – film biograficzny 15.50 – O człowieku, który się kulom nie kłaniał – opowieść o gen. Karolu Świerczewskim – film dokumentalny 17.20 – Siedemnaście mgnień wiosny (17) – sens. prod. radz. 23.20 – Telewizyjny Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu – program dla rolników
Boże ty mój! – pomyślałem. Cud w domu moim jak, nie przymierzając, w Sokółce, jeno na odwrót. Chyba mam deja vu, albo z głodu rozum mi się mąci. Spojrzałem na kilka innych pozycji, tych znanych, które postanowiłem potraktować jak probierz trzeźwości mego umysłu. Poczułem wzrastający niepokój, kiedy przeczytałem tytuły seriali "Barwne szczęki” i "N jak nagość”, a kiedy doszedłem do serialu starszego ode mnie , "Srebrnoniemieccy”, wiedziałem, że muszę mieć halucynacje, albowiem naród polski nigdy czegoś takiego w telewizji swej by nie zniósł. Przyczyna mojego szoku, na szczęście, okazała się przyziemna – zapomniałem założyć moje różowe okulary w czarnej oprawie. Kiedy znalazły się na nosie, program telewizyjny wrócił do normy:
7.00 – Transmisja mszy świętej 11.55 – Między ziemią a niebem – magazyn 12.00 – Anioł Pański 12.15 – Między ziemią a niebem – magazyn 14.00 – Biblia: Mojżesz (1/2) – film religijny 15.50 – Zwycięzcy nie umierają – opowieść o księdzu Jerzym – film dokumentalny 17.20 – Ojciec Mateusz (20) – krym. prod. pol. 23.20 – Kwartet teologiczny – program publicystyczny
Uff! Jak to dobrze – pomyślałem – że czasy partyjnych bonzów i sekretarzy komitetu wtrącających się pod kątem ideolo do programu TV odeszły w przeszłość, że mamy publiczne media wolne od nacisków a dzisiejsze eminencje nie są już szare. Jak to dobrze, że ludzie dziś myślą zupełnie inaczej, ciesząc się wolnością twórczą i pełną niezależnością. Alleluja!
W grudniu ubiegłego roku pisałem o ewolucji człowieka przyszłości, dziś chcę powiedzieć kilka zadań na temat tego co, być może, dzieje się ze współczesnym Europejczykiem, a konkretnie - z jego mózgiem.
Dobór naturalny od początków życia na Ziemi działał tak, że organizmy najlepiej przystosowane do panujących w danym czasie warunków były w stanie wydać na świat najwięcej potomstwa, mającego szanse osiągnąć dojrzałość. W ten sposób geny odpowiedzialne za korzystne dla przetrwania cechy powielały się z większym sukcesem niż geny, powiedzmy, gorsze. Dzięki temu prostemu, lecz niezawodnemu mechanizmowi, życie na naszej planecie kwitnie nieprzerwanie pomimo zmieniających się warunków. Zasada doboru naturalnego działała zarówno na poziomie pantofelka jak i na poziomie najbardziej inteligentnych zwierząt, człowieka nie wyłączając. W przypadku człowieka to inteligencja okazała się najważniejszą cechą, przesądzającą o naszym sukcesie w zawłaszczeniu świata i podporządkowaniu sobie wielu innych istot. Cwane z nas bestie i dlatego rządzimy, choć nie jesteśmy ani tak silni jak niedźwiedzie, ani tak szybcy jak gepardy, ani tak liczni jak mrówki. Inteligencja pomagała nam w podboju świata, a po jego opanowaniu, przez następne wieki, w utrzymaniu się przy życiu i wychowaniu dzieci. Właśnie – dzieci. Jesteśmy już prawie u celu tej pogadanki. Bo długi czas było tak, że im kto sprawniejszy, sprytniejszy, zmyślniejszy, tym więcej dzieci mógł wychować. Umiał je nakarmić, przyodziać, a w razie choroby po doktora, żeby choć krew puścił, posłać. A jak jest teraz? Jak jest teraz, każdy widzi. Rzadko zdarza się , by ludzie inteligentni, zdolni i ambitni mieli kilkoro dzieci. Czasem jedno, czasem dwoje, czasem wcale. Wielodzietność częściej trafia się w rodzinach ubogich i niewykształconych, raczej niezaradnych. Tylko proszę mi nie podawać przykładów przeciwnych, nie o jednostki tu chodzi, a o prawidłowości statystyczne. A statystycznie jest właśnie tak. Oznacza to większy sukces reprodukcyjny ludzi mniej inteligentnych, mniej aktywnych, mniej twórczych. Większy sukces to zbyt mało powiedziane. Jeśli pary nie mają więcej niż dwoje dzieci, to znaczy, że ich geny w dłuższym okresie czasu znikną całkowicie, a nie tylko tyle, że będzie ich mniej. Poniosą więc klęskę. Czy to nie jest paradoks ewolucji?
Czyli słowo bezbożne na czterdziesty pierwszy poniedziałek zwykły roku Pańskiego 2009.
Wszyscy znamy słowa przypisywane Jezusowi, jakoby łatwiej było przejść wielbłądowi przez ucho igielne, niż bogaczowi wejść do Królestwa Niebieskiego. Bardzo to obrazowe porównanie i pewnie dlatego tak popularne. Jezus poradził bogaczowi, by ten sprzedał wszystkie swoje majętności, pieniądze rozdał ubogim i podszedł za nim, a będzie miał skarb w niebie. Trochę głupio, ale pięknie. Pomyślałem sobie, że słowa te, przy głębszej analizie, sprawiają pewien kłopot. Jeśli bogacz sprzedałby swe majętności innym bogaczom, to oddaliłby ich od nieba, a przecież niegodnym Jezusa było by dawać zalecenie, które jednego człowiek zbliża do zbawienia, innych tym samym oddalając. Może więc miał na myśli parcelację majątku i sprzedaż działek ubogim chłopom? Wyprzedziłby tym samym uwłaszczenie o circa 1800lat i przeskoczył pośrednie formacje polityczno-gospodarcze, więc chyba to też nie. No to co? Jezus nie mógł mieć ani złych intencji, ani, jako wcielenie Boga, mylić się. Pozostaje mi przypuszczenie, że miał na myśli sprzedaż majątku na rzecz państwa, czyli jego uspołecznienie. Gdyby wszyscy bogacze postąpili zgodnie z zaleceniem Jezusa, to już około dwóch tysięcy lat temu zapanowałby na świecie komunizm. Nikt by nic nie miał, poza niewielkim majątkiem osobistym, a skarb państwa posiadałby całą ziemię. W tamtych czasach skarb państwo to byłby co prawda jakiś król i to by mu przeszkadzało w zabawieniu, ale on, jako pomazaniec boży, miałby chyba wybaczone, co? Wszyscy pracowaliby na wspólne dobro, każdy otrzymywałby według potrzeb – i ten co przyszedł do winnicy o świcie, i pracował dzień cały, otrzymałby denara, i ten, co przeszedł na godzinę przed zachodem słońca – także denara, bo czyż mają inne żołądki? Komunizm. Jezus był zatem pierwszym marksistą. q.e.d.
Tekstu powyższego nie należy, rzecz jasna traktować poważnie, albowiem pierwsze prawo Alexa z działu “Religie” mówi: Prawd wiary i tekstów oficjalnych wszelkich kościołów analizie logicznej poddawać nie należy, bowiem nieuchronnie prowadzi to do jedynie słusznych wniosków.